Choć wyniki negocjacji trudno nazwać sukcesem, o czym świadczą komentarze choćby prezydenta COP26, utrzymane we wręcz przepraszającym tonie, to warto zauważyć, że jako społeczność międzynarodowa nieco zbliżyliśmy się do ustaleń poczynionych w 2015 r. w Paryżu. O ile nieco ponad dwa tygodnie temu deklaracje państw prowadziły nas do podgrzania planety o 3,2℃, teraz możemy mówić o 2,4℃ ocieplenia. Oczywiście to wciąż daleka droga do bezpiecznego 1,5℃, a i 2,4℃ stanie pod znakiem zapytania, jeśli deklaracje nie zostaną przekute w konkretne plany.

Czytaj więcej

COP26: co się ostatecznie udało ustalić?

Najważniejsze w tych globalnych rozmowach były dwa – powiązane ze sobą – wątki: odejścia od paliw kopalnych, których spalanie emituje gigantyczne ilości gazów cieplarnianych, a także wsparcia biedniejszych państw, które najbardziej odczują skutki zmiany klimatu, choć najmniej się do niej przyczyniły. Niestety, oba skończyły się miękkimi kompromisami. W podpisanym dokumencie mowa jest zaledwie o “zmniejszaniu” (a nie “zakończeniu”) zużycia węgla, zaś zamiast postanowić o utworzeniu funduszu na rzecz poszkodowanych krajów postanowiono jedynie zainicjować „dialog” na ten temat.

Co z takich globalnych procesów negocjacyjnych wynika dla Polski? Czy możemy spodziewać się przełomu w polskiej polityce klimatycznej? Takiego optymizmu nie przejawia raczej nikt, kto śledzi ten temat. Polskie władze nie od dziś zachowują się, jakby kryzys klimatyczny nie istniał, albo – w najlepszym razie – jakby akurat Polski nie dotyczył. Nie inaczej jest i teraz.

Już w czasie szczytu w Glasgow polski rząd ustami nowej ministry klimatu, Anny Moskwy dał wyraz braku zrozumienia tego, na czym polega sprawiedliwość klimatyczna i co jesteśmy winni ubogim krajom za nasze historyczne emisje, które doprowadziły do zmiany klimatu, ponownie stwierdzając, że Polska odejdzie od węgla dopiero w 2049 r., czyli niemal dwie dekady później niż powinna.

Już po COP26 prezes partii rządzącej, Jarosław Kaczyński, wygłosił w wywiadzie radiowym zdecydowanie obalone przez naukowców stwierdzenie, że nie ma pewności czy to właśnie działalność człowieka i emisje CO2 podgrzewają nam klimat. Taka wypowiedź zaledwie kilka dni po zakończeniu negocjacji klimatycznych razi szczególnie.

Wypadałoby, aby najważniejszy polityk w kraju wiedział, że nie tylko naukowcy mówią o wywołanym przez działalność człowieka kryzysie, ale na dodatek w wielu krajach sądy już uznają, że zapobieganie mu jest odpowiedzialnością państwa i orzekają na korzyść obywateli składających tzw. pozwy klimatyczne. Tak stało się choćby w Holandii, Niemczech czy Irlandii.

W Polsce niewystarczające działania rządzących na rzecz ochrony klimatu też już są przedmiotem sporu sądowego. W czerwcu br. pozwy przeciwko władzom złożyło pięcioro Polek i Polaków, wspieranych od strony prawnej przez Fundację ClientEarth Prawnicy dla Ziemi i Kancelarię GESSEL. Pozywający domagają się, by Polska zredukowała emisje gazów cieplarnianych do 2030 roku o co najmniej 60 proc. (w stosunku do poziomu z 1990 roku) oraz zobowiązała się do osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2043 roku. Skąd takie liczby? Z analiz naukowców pokazujących, że tego właśnie potrzeba, aby zapewnić mieszkańcom Polski bezpieczeństwo klimatyczne i taki właśnie byłby sprawiedliwy wkład naszego kraju w globalne wysiłki na rzecz redukcji gazów cieplarnianych.

Wynikiem negocjacji klimatycznych zawsze są obietnice, dlatego póki co możemy mówić tylko o deklaratywnym ograniczeniu ocieplenia klimatu. Aby coś faktycznie się zmieniło, państwa muszą podjąć działania. W przypadku Polski i innych zamożnych krajów globalnej północy muszą być to bardzo zdecydowane działania.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

Tymczasem polski rząd twardo trwa przy węglu zamiast rozwijać energetykę odnawialną, marzy o elektrowniach na gaz, które są bardzo krótkowzrocznym remedium, a od 5 lat blokuje budowę wiatraków na lądzie. Ostatnio zaś, dosłownie w przeddzień COP26, po raz kolejny rzucił kłody pod nogi małych producentów energii ze słońca, przepychając przez Sejm w niecałą dobę bulwersujący projekt zmiany ustawy, który spowolni rozwój tej gałęzi OZE.

Nie mamy skoordynowanych działań na rzecz ochrony klimatu, chociaż potrzebna jest interwencja w wielu sektorach gospodarki jednocześnie. Brak w Polsce regulacji prawnej obejmującej całą gospodarkę i zapewniającej redukcję emisji gazów cieplarnianych w każdym z sektorów oraz adekwatną adaptację do zmiany klimatu. Tego typu regulacje, nazywane powszechnie ustawami klimatycznymi ma już wiele krajów, a pierwszą przyjęła Wielka Brytania w 2008 r. Polska bardzo potrzebuje parasola prawnego, który zapewni spójną i efektywną redukcję gazów cieplarnianych. Nie ma czasu do stracenia, taka ustawa powinna być przyjęta jak najszybciej.

Autorką komentarza jest Julia Kozakiewicz, analityczka prawna w ClientEarth Prawnicy dla Ziemi