Jeszcze w 2011 r., gdy licznik ludzkości na świecie przebił 7 mld ludzi, na świecie dominowała radość – choć już wtedy pojawiały się pierwsze ostrzeżenia, że dobra kondycja naszego gatunku nie musi oznaczać dobrych wieści dla planety. Trzeba było zaledwie dekady z niewielkim okładem, by padł kolejny, 8-mld, rekord. Do połowy bieżącego stulecia będzie nas zapewne 10 mld. I dziś nikt już nie ukrywa, że ten rozrost populacji – nawet jeśli będzie stopniowo zwalniał – pogłębi tylko kłopoty naszej planety.

Nie chodzi nawet o to, że zwiększająca się populacja potrzebuje więcej przestrzeni – tej nie brakuje. Prawdziwym problemem jest zaspokojenie coraz bardziej wyrafinowanych potrzeb wielomiliardowej rzeszy ludzi, które przekłada się na rabunkową gospodarkę zasobów naturalnych i niszczenie ostatnich ostoi dzikiej przyrody, czego najbardziej uderzającymi przykładami jest dewastacja Amazonii czy Borneo. Ludzkość szerzy takie spustoszenie, gdziekolwiek by nie spojrzeć.

Zdewastowana Europa

Bardzo dobitnie pokazuje to raport World Wide Fund „Living Planet Report 2022”. Wynika z niego, że od 1970 r. populacja wszystkich dziko żyjących zwierząt spadła o ponad 69 proc. Statystykę mocno podbiły gatunki słodkowodne, wśród których spadki dobiły 83 proc.

Przyczyn tego stanu rzecz jest wiele, ale gdyby chcieć wskazać jedną, o możliwie największym wpływie na sytuację, byłby to działający na globalną skalę przemysł spożywczy – napędzany przez rosnącą populację, niewielką dbałość o wykorzystanie istniejących zasobów (innymi słowy, ich marnotrawstwo) oraz dewastację istniejących areałów. To produkcja żywności – o charakterze, który moglibyśmy nazwać rabunkowym – przekłada się na wyjałowienie gleb, przełowienie wód, znikanie obszarów dzikiej przyrody, niszczenie ekosystemów. I finalnie, na przetrzebienie żyjących obok nas ssaków, ryb, ptaków, płazów, gadów czy owadów.

Proces ten nie omija jakże czułej na tym punkcie Europy. W opracowaniu „Europa przeciw katastrofie klimatycznej”, przygotowanym przez ekspertów Fundacji Adenauera oraz Fundacji Schumana, nasz kontynent ogółem wypadł blado: średnia ocen stanu środowiska naturalnego, polityki władz w tym zakresie oraz nastawienie obywateli dla całej Europy została określona na 47 w skali do 100. Ale nawet lider tego zestawienia – uwaga: Malta – nie prezentuje się wyjątkowo. Wyspiarze dostali ocenę 59,4/100. Fenomen tego kraju nie opiera się tu wyłącznie na strukturze gospodarki, stosunkowo niewielkim udziale przemysłu czy proekologicznej postawie władz. To również wysoki stopień zaangażowania mieszkańców i biznesu w ochronę środowiska.

Mimo żarliwego zaangażowania UE w walkę ze zmianami klimatycznymi jedynie dziewięć krajów Unii przyjęło własne strategie klimatyczne. Wśród nich wysokie notowania pod względem czystości i jakości środowiska naturalnego uzyskały Francja i Szwecja, natomiast symboliczna wrażliwość Niemców na kwestie związane z klimatem i przyrodą wyrażają się przede wszystkim w wysokim poziomie wydatków na te cele, w mniejszym stopniu zaś osiągnięciami na tym polu.

W polskim dołku

Niestety, w rankingu obu fundacji Polska ląduje na ostatniej pozycji (34/100 pkt), z czego punktację wyjątkowo silnie zaniża polityka państwa w tym zakresie (20/100). Obciążeniem jest niski poziom wydatków związanych z polityką środowiskową i klimatyczną, zaniechanie – a przynajmniej spowalnianie – tempa transformacji energetycznej. Na naszej słabej pozycji w tym rankingu odciska się też obojętność, gdy chodzi o zaangażowanie w realne działania, biznesu i obywateli na kwestie środowiskowe.

Z jednej strony można, oczywiście, wymienić szereg godnych uwagi i szacunku inicjatyw, zarówno oddolnych, jak i rządowych czy samorządowych. Nawet eksperci Fundacji Adenauera i Fundacji Schumana przyznają, że w Polsce jest najniższy w Europie odsetek zagrożonych gatunków flory i fauny. Z drugiej jednak strony reakcja państwa na katastrofę Odry, nieustające spory o politykę wobec Białowieży, wytknięte w jednym z ostatnich raportów Greenpeace wycinki Puszczy Karpackiej, pozostające bez echa apele o tworzenie nowych parków narodowych – to wszystko dobitne przykłady barier, których – wszystko wskazuje na to – w przewidywalnej perspektywie nie przeskoczymy.

Widać to po trochu również w przyjętej w 2019 r. „Polityce ekologicznej państwa 2030”. Cele PEP2030 to przede wszystkim poprawa jakości środowiska i bezpieczeństwa ekologicznego, zrównoważone gospodarowanie zasobami środowiska czy łagodzenie zmian klimatu, adaptacja do nich oraz zarządzanie ryzykiem klęsk żywiołowych. Niebagatelne miejsce zajmuje też... cyfryzacja polityki środowiskowej. Ale niewiele tu o zacieśnieniu ochrony obszarów cennych przyrodniczo, tworzeniu nowych parków narodowych, odzyskiwaniu dla przyrody zdewastowanych terytoriów. Szkoda, bo nawet gdyby takie decyzje zapadały, ich realizacja to proces na dekady.