Od kilku dni z kopalni Wujek w Katowicach-Brynowie nie wyjeżdża już węgiel, ale zezłomowany sprzęt. – Smutno? No smutno – mówi pan Łukasz, który właśnie skończył szychtę w oddziale przewozowym.

Na początku roku Wujek został połączony z kopalnią Staszic, która znajduje się po drugiej stronie miasta – na Giszowcu. – Teraz fedrujemy na ich konto, za kilka dni tu wszystko zostanie zamknięte na głucho. U nas trwa ciche wygaszanie, za chwilę zostanie tu tylko ten krzyż – pokazuje głową na jeden z najbardziej sławnych symboli polskiego górnictwa – pomnik poległych w stanie wojennym dziewięciu górników. Łukasz nie ma złudzeń: – Jak kopalnie upadną, to na Śląsku nic w zamian nie będzie.

Koniec podziemnego miasta

16 lat temu do Wujka, który w przyszłym roku obchodziłby okrągłą rocznicę 100-lecia powstania, dołączono w taki sam sposób rudzką kopalnię Śląsk. System likwidacji poprzez łączenie to nic nowego – śląskie kopalnie pod ziemią, dzięki korytarzom są niczym jedno wielkie miasto z ulicami. Inaczej na powierzchni – zostają budynki, szyby, place z węglem. Gigantyczne tereny trafiają do Spółki Restrukturyzacji Kopalń, która zajmuje się ich likwidacją, czyli zabezpieczeniem zakładu, a potem sprzedażą majątku. Tylko do końca 2027 r. budżet państwa, który to finansuje, wyda ponad 8,4 mld zł, dodatkowo ponad 1,1 mld zł dołoży do tego Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. Teren po Wujku, który leży tuż przy autostradzie A4 (Kraków–Wrocław) i tuż przy centrum miasta przyklejony do osiedla może być dla inwestorów bardzo atrakcyjny.

Łukasz: – Dwa miesiące temu przyjechał do nas na kopalnię biznesmen reprezentujący potężny fundusz inwestycyjny.

Kiedy w 2003 r. powstawała Kompania Węglowa, największa firma górnicza w Europie, skupiała 16 kopalń i zatrudniała ponad 60 tys. osób. Dziś jej następczyni Polska Grupa Górnicza zatrudnia 38 tys. górników: ma sześć kopalni zespolonych i tylko dwie samodzielne (Bolesław Śmiały i Sośnica). Do 2049 r. mają zostać zamknięte wszystkie kopalnie na Śląsku należące do PGG. Do końca tego roku pracuje kopalnia Pokój w Rudzie Śląskiej, jako ostatnie w 2049 r. eksploatację zakończą kopalnia ROW Ruch Chwałowice oraz Jankowice.

Marina Pawlas, wójt gminy Suszec, w której pięć lat temu Jastrzębska Spółka Węglowa podjęła decyzję o zamknięciu kopalni Krupiński (choć wpompowała w zakład ponad 1 mld zł – kopalnia nie był w stanie generować zysków) – największego zakładu w tej gminie – dziś już bez emocji, za to z zupełnie inną optyką patrzy na powolny koniec całego górnictwa na Śląsku. – Wtedy wydawało nam się, że to koniec świata, a dziś czekamy na pieniądze z UE w ramach Funduszu Sprawiedliwej Transformacji i ja wierzę, że nam się uda. Bo te pięć lat temu dotarło do nas, co się na świecie dzieje. I że nie ma od tego odwrotu, a my musimy iść ze światem, a nie przeciwko niemu – mówi wójt Pawlas. Dziś nie żałuje, że rząd nie zgodził się sprzedać Krupińskiego prywatnemu inwestorowi. – Mieszkańcy się pogodzili, ludzi się zagospodarowało, tylko część zdecydowała się pójść na urlopy górnicze. Mamy ogromną szansę na rewitalizację miejsca po kopalni i zupełnie nowe miejsca pracy. Czyste, zielone – dodaje. JSW wybudowała tu w ub.r. za 100 mln zł swój zakład remontowy, część górników wchłonęły inne kopalnie. O tym, jak zmienia się górnictwo, świadczy nawet dach zakładu – ułożone są na nim panele fotowoltaiczne, dzięki czemu produkuje się 30 proc. energii dla zakładu.

Ludzie nie chcą nowych kopalń

Spółka Restrukturyzacji Kopalń wyda na likwidację Krupińskiego co najmniej pół miliarda złotych. Co potem z terenem? Suszec to praktycznie wieś, ale obok jest miasto Żory, które należą do Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Gmina ma opracowanie rewitalizacji terenu po Krupińskim – zdegradowana część mogłaby stać się farmą fotowoltaiczną, a ogromny zbiornik wodny jaki pozostał mógłby w części zostać zamieniony pod miejsce rekreacyjne a w 2/3 – stać się źródłem tańszej wody dla pobliskiej strefy ekonomicznej. Wójt Pawlas: – Świat się zmienia, musimy iść do przodu. Ta transformacja Śląska nie musi być zła.

Śląskie gminy głosem swoich mieszkańców od dawna nie były przychylne rozwojowi górnictwa na ich terenie. Blokowały wydanie decyzji środowiskowych, nie zgadzały się na wydawanie koncesji, które pozwoliłyby prowadzić eksploatację pod terenami miast i gmin. – Bo my wiemy najlepiej, co to znaczy. Nic dobrego – mówi Tomasz Lamik, syn emerytowanego górnika kopalni Piast, który zanim rząd ogłosił, że Polska zakończy wydobycie węgla, rozpoczął walkę o zablokowanie pomysłu wydobycia złoża „Imielin Północ", po który chciała sięgnąć pobliska kopalnia Ziemowit-Piast. – Polskie górnictwo fedruje na tzw. zawał. Każdy Ślązak wie, co to znaczy. Zniszczone drogi, pęknięte domy – wylicza Lamik. Inwestycja w Imielinie zniszczyłaby zasoby wody pitnej dla Śląska, połowę gminy i 2,5 tys. domów. Upór się opłacił. Po trzech latach walk zmiany klimatyczne na świecie położyły kres tej inwestycji. Najpierw Generalny Dyrektor Ochrony Środowiska uchylił decyzję środowiskową dla eksploatacji węgla ze złoża Imielin. – Na 99 proc. wiemy nieoficjalnie, że inwestycja nie powstanie. Pora, by górnicy zrozumieli, że ta branża nie ma przyszłości. Od dawna już tylko związkowcy robili ludziom wodę z mózgu – dodaje Tomasz Lamik.

Likwidacja polskiego górnictwa jest rozłożona na 28 lat. Zamykane po kolei zakłady mają wchłaniać górników, którzy chcą lub muszą jeszcze pracować, by utrzymać ruch działających kopalń. To ważne, tym bardziej że w tym roku na całym Śląsku nie otworzono ani jednej klasy górniczej, a w Spółce Restrukturyzacji Kopalń na 2,7 tys. pracowników aż jedna czwarta ma uprawnienia emerytalne – to wykwalifikowani górnicy z wyjątkowymi uprawnieniami. Rząd gwarantuje także miliardy na urlopy górnicze i odprawy (120 tys. zł). Tyle tylko, że liczba chętnych, która złożyła wnioski – w PGG i JSW – jest o wiele niższa, niż szacowano. Jednorazowe odprawy chce wziąć w kopalniach PGG zaledwie 910 górników, urlopy – blisko 700. Wnioski można było składać do 2 listopada. – Dopiero po 15 listopada zapadną decyzje, kto będzie mógł z tego skorzystać – informuje Tomasz Głogowski, rzecznik PGG. W JSW wnioski można było składać w maju (likwidacja Jastrzębie III). Wpłynęły 1804 wnioski, z czego zaledwie 615 pracowników uzyskało zgody dyrektorów zakładów na przejście do SRK od stycznia przyszłego roku.

Łukasz, górnik z kopalni Wujek, też myślał, żeby wziąć te 120 tys. zł i poszukać innej pracy. – A potem obliczyłem, że za cztery lata będę miał uprawnienia do urlopu górniczego. Jeśli teraz odejdę, stracę taką możliwość. I będę musiał pracować do 65. roku życia – przyznaje szczerze. Górnicy nie ukrywają, że choć praca w kopalni jest brudna, niebezpieczna i wyniszczająca, to daje gwarancje jakich próżno szukać w prywatnych firmach.

Zasoby ludzkie

Franciszek Dziendziel, wójt Pawłowic i wiceszef Stowarzyszenia Gmin Górniczych, przestrzega wszystkich przed myśleniem, że umowa społeczna z górnikami załatwia problem na Śląsku. – Górników trzeba zagospodarować, przekwalifikować, a nie wysyłać ich na urlopy czy odprawy. To nic dobrego nie przyniesie – mówi. Dziendziel, geolog górniczy z wykształcenia, dyrektor Rybnickiej Spółki Węglowej w okresie pierwszej, największej restrukturyzacji polskiego górnictwa w czasach premiera Jerzego Buzka, wie, co mówi – dobrowolnie odeszło z pracy ponad 100 tys. górników i zamknięto 23 kopalnie. Na Śląsku wystrzeliło bezrobocie. Doprowadziło do pauperyzacji miast i tragedii ludzi. – Na mojej ulicy mieszkali górnicy, którzy wzięli odprawy albo odeszli na urlopy. Młodzi ludzie, którzy sobie nie poradzili poza kopalnią, bo nie było pracy, perspektyw. Na mojej ulicy ani jeden nie dożył pięćdziesiątki. Niejednej nocy mi się to śni, że ja się do tego w jakimś stopniu przyczyniłem – wspomina z goryczą.

Wójt Dziendziel przestrzega rządzących przed szybkim odejściem od węgla. – To się dzieje za szybko, my nie jesteśmy na to przygotowani. Skupiliśmy się na górnikach, trend odchodzenia od węgla inne kraje prowadzą od kilkunastu lat. My nie mamy dziś alternatywy. A likwidacja kopalni jest definitywna, nieodwracalna. Bo to proces długi i kosztowny – wskazuje Dziendziel.

Likwidacja kopalni to nie tylko niezwykle kosztowny, ale także wieloletni proces. Trzeba zabezpieczyć podziemie głównie pod kątem tego, by woda nie zalała korytarzy i pobliskich kopalń, odciąć powietrze, bo wydobywający się ze skał metan w połączeniu z tlenem wybucha. I zasypać specjalnym kamieniem podszybia, wyzbroić rury szybowe, czyli zdemontować sprzęt i zamknąć szyb płytą betonową od góry. Na koniec musi zostać wyrównany grunt, aby coś na tym można było zbudować. SRK musi także zlikwidować odpady pogórnicze, czyli zrekultywować hałdy.

Pustki w kasie miasta

Zamykanie kopalń to duży problem dla gmin. Nie tylko znika z mapy miasta duży, stabilny pracodawca, ale także kluczowy podatnik. Ruda Śląska, górnicze miasto, z którego ponad 4 tys. mieszkańców pracuje w kopalniach PGG, obliczyła, że minimalne koszty transformacji gospodarczej i utraconych korzyści gospodarczych to 5,3 mld zł, w tym aż 2,5 mld zł to koszty zastąpienia miejsc pracy w górnictwie w całym mieście, 1,5 mld zł to koszt przygotowania terenów pod inwestycje, kolejny miliard złotych potrzebny jest by usunąć szkody górnicze. – Tylko w ciągu sześciu lat prognozowana utrata dochodów podatkowych miasta to 280 mln zł – wylicza Krzysztof Mejer, wiceprezydent Rudy Śląskiej, na terenie której istnieje pięć kopalń, w tym dwie w likwidacji. Śląskie gminy wciąż nie wiedzą, jakie – i czy w ogóle – gwarancje da im rząd. – W umowie społecznej podpisanej wiosną z górnikami jest ogólny zapis o tym, że taka umowa powstanie ze stroną samorządową. Do dziś jej nie ma, nie ma także propozycji ani rozmów. Jesteśmy tym przygnębieni – podkreśla Mejer.

Śląsk od dawna nie chce mieć brudnego przemysłu ani złego powietrza. Województwo było drugim regionem w Polsce, które wprowadziło tzw. uchwałę antysmogową – kopciuchy muszą zniknąć do końca tego roku), a dziś to śląskie gminy są na topie listy korzystania z programu „Czyste powietrze". – Jesteśmy liderami wymiany pieców – mówi z dumą wójt Pawłowic.

Śląsk najbardziej liczy na unijne środki z Funduszu Sprawiedliwej Transformacji. To ponad 17,5 miliarda euro w latach 2021–2027, z których najwięcej, bo aż 3,5 miliarda, może przypaść Polsce. To nie paradoks ani przypadek, że pomysłodawcą funduszu jest prof. Jerzy Buzek, który najlepiej wie, że bez ogromnych pieniędzy ta zielona rewolucja się nie uda. Walczył o to w UE cztery lata. Kiedy w maju projekt przegłosowano, nie kryjąc emocji powiedział: – W sercu tego funduszu są obywatele. Ci ludzie nie chcą nowych kopalń, smogu, zapadających się od szkód górniczych domów – ale nie chcą też wybierać między ochroną klimatu i pracą. Chcą dobrej przyszłości – dla siebie, swoich dzieci, regionu.