Pod koniec lipca nie było w Europie ważniejszego tematu niż pożary, które zbliżały się do przedmieść europejskich metropolii, powodując konieczność ewakuowania w sumie ponad 300 tysięcy osób we Francji i Hiszpanii. We francuskim Bordeaux strażacy walczyli z kataklizmem zaledwie kilkanaście kilometrów od granic miasta – w kilka dni spłonęło tam ponad 420 km kw. lasów, zasnuwając miasto gęstym dymem. Podobnie jest w Madrycie: wokół stolicy Hiszpanii szaleją trzy pożary, które pochłonęły już 770 km kw. zielonych obszarów wokół miasta.

Upały i pożary w Europie

Życia mieszkańcom południowej i zachodniej Europy nie ułatwiają warunki atmosferyczne: choć póki co w Polsce poczuliśmy tropikalne upały zaledwie dwa razy – na przełomie czerwca i lipca i pod koniec lipca – to w regionie śródziemnomorskim niemal regularnie temperatura przekracza 40 stopni Celsjusza. We Włoszech w związku z tym ogłaszane są czerwone alarmy, w Grecji upały mają wkrótce ustąpić gwałtownym burzom i ulewnym deszczom. Stabilne są tylko niektóre odosobnione tradycyjne turystyczne destynacje – jak Chorwacja czy Portugalia.

Upały, burze i pożary mogą się wydawać dramatycznym incydentem, który potrafi przerwać wakacje lub zmusić do ich przełożenia. Ale eksperci coraz częściej otwarcie ostrzegają, że nie będzie to jednorazowa niedogodność – przynajmniej według samych turystów.

Coolcations: Turystyka przesuwa się na północ Europy

„W ślad za popandemicznym odbiciem sektor odnotował po raz kolejny bardzo wysokie wyniki pod względem odwiedzin i wydatków, wzmacniając swoją rolę jako motor aktywności gospodarczej, zatrudnienia oraz generowania dochodów” – piszą o hiszpańskiej turystyce analitycy tamtejszego CaixaBank. – „Ale ta wiodąca pozycja współegzystuje z ważnym strukturalnym wyzwaniem: zmianami klimatu. (…) Wiele uroku branża zawdzięcza warunkom klimatycznym – które właśnie zmieniają się w gwałtownym tempie” – dodają.

Czytaj więcej

Mapa strat rolnictwa w Europie. Zmiany klimatu uderzą w polskich rolników

Nie pierwszy raz mierzą się oni z tym problemem. Dwa lata temu przeanalizowali posiadane informacje o korzystaniu z zagranicznych kart kredytowych w hiszpańskich sklepach i punktach usługowych. Po zestawieniu ich z danymi na temat notowanych w tym samym czasie warunków pogodowych z europejskiego programu Copernicus, doszli do wniosku, że turyści, którzy doświadczyli podczas swojego pobytu wyjątkowo wysokich temperatur, nie są skłonni wracać do Hiszpanii w kolejnym roku. „W szczególności, gdy temperatura przewyższała wieloletnią średnią o 8 stopni Celsjusza – co uznajemy za ekstremalny upał – prawdopodobieństwo ponownej wizyty spadało o 13,8 proc.” – piszą eksperci banku.

Te badania powtarzano w kolejnych latach. W najświeższej edycji badania widać wyraźne trendy: teraz wystarczają już 4 stopnie Celsjusza „nadwyżki” ponad wieloletnią średnią, by zredukować chęć powrotu o 15 proc. Tegoroczna edycja zawiera jednak więcej danych o zachowaniach podróżnych przyjeżdżających do Hiszpanii: ci, którzy decydują się na ponowny przyjazd, znacznie staranniej wybierają miejsce pobytu, kierując się niższymi temperaturami. O ile mają też taką możliwość, wybierają chłodniejsze miesiące roku.

W branżowych mediach takie przesunięcia mają już swoją nazwę: coolcation. Można tę zbitkę umownie tłumaczyć jako „wakacje w chłodzie”. „Okresy, w których decydujemy się na podróże, niezaprzeczalnie się zmieniają” – kwituje poświęcone zrównoważonemu biznesowi magazyn „Corporate Knights”. Przypomina on też o badaniu popularnego portalu z ofertami dla turystów – Booking.com. Kwietniowa ankieta, na którą odpowiedziało 32,5 tysiąca użytkowników portalu z 35 krajów na całym globie, pokazuje, że blisko trzy czwarte z nich bierze pod uwagę przy planowaniu urlopu warunki pogodowe, w tym nie tradycyjne „czy będzie lało”, lecz – czy nie „będzie przygrzewało”. 55 proc. ankietowanych stwierdza, że niektóre destynacje stały się dla nich zbyt upalne w okresie, w którym chcieli je odwiedzić. Wbrew pozorom turyści zaczynają zwracać uwagę na statystyki – zarówno zgonów wywołanych przez pogodowe ekstrema, jak i wydarzeń takich, jak pożary, uniemożliwiające przemieszczanie się, czy w ogóle cały pobyt, jak w Bordeaux czy Madrycie w ostatnich dniach. Można zakładać, że zjawisko będzie widoczne na coraz większą skalę, bowiem z danych Komisji Europejskiej wynika, że 81 proc. podróżnych w 2025 r. uznało, że pogoda odbiła się na ich urlopie.

Turystyka w Europie: Zamiast upalnego południa, deszczowa północ

„Liczba noclegów w hotelach osiągnęła wynik wszech czasów: 7,2 miliona, co oznacza 12-procentowy wzrost rok do roku. Całkowita liczba zagranicznych turystów wzrosła do 5,1 mln, co uwzględnia szczególne wzrosty podróżnych z kierunków takich jak Japonia, Chiny, Indie, Tajwan, Stany Zjednoczone, Australia, Wielka Brytania, Niemcy, Włochy i Francja” – podsumowuje ubiegły rok portal Visit Finland.

Czytaj więcej

Wojna dyskontów zbiła ceny żywności. Ekonomista ostrzega przed nagłym zwrotem

I tak: właśnie Skandynawia stała się beneficjentem coolcation, zresztą tamtejsze państwa – z Norwegią na czele – chętnie się tym terminem posługują. I mają w tym zakresie pełne wsparcie światowych mediów, bo o fenomenie zmieniającym zwyczajowe schematy letnich wakacji piszą najważniejsze redakcje świata. Przykładowo, magazyn „Forbes” poleca pięć „najlepszych destynacji na coolcation” – i wszystkie są propozycjami spędzenia urlopu w Skandynawii: na wędrówkach po norweskich fiordach, spływach kajakowych po tamtejszych rzekach, zwiedzaniu dzikich obszarów szwedzkiej Laponii czy rowerowym przejeździe przez Szwecję i Danię. A choć na liście nie znajdziemy Finlandii czy Islandii, to i one zyskują na ogólnym, „skandynawskim” wzmożeniu. „To strukturalne przesunięcie, a nie chwilowy trend” – zapewnia portal LifeInNorway.

Do tego moglibyśmy dodać dane Virtuoso (to taki Booking dla osób z grubszym portfelem), z których wynika, że ruch turystyczny w tym roku przesunął się z południa Europy na północ: Skandynawia i Kanada odnotowały wzrosty nawet o 44 proc. w przypadku niektórych destynacji, natomiast Francja, Włochy i Grecja odnotowały spadki.

Oczywiście, kraje południa Europy nie chcą tracić nadziei. – Nasi klienci wciąż aktywnie szukają miejsc ze słońcem w szczycie letnich miesięcy – pocieszał w tureckich mediach jeden z menedżerów turystycznego potentata TUI Group, Aage Dunhaupt. Ale też dane nie pozostawiają większych wątpliwości, że ci, którym zależy na urlopie na nasłonecznionej plaży, szukają jakichś kompromisów. European Travel Commission szacuje na podstawie ankiet, że około 25 proc. badanych planuje wakacje w okresie lipiec–sierpień. Ale już 22 proc. wskazuje na wrzesień jako optymalny termin wakacji. – Intrepid Travel odnotowała przesunięcie w rezerwacjach w letnich hotspotach takich jak Włochy czy Grecja: większa liczba podróżnych zdaje się wybierać terminy kwiecień/maj lub wrzesień/październik niż sezon letniego szczytu – przyznała też Florencia Allo Moreno z firmy Intrepid Travel w rozmowie z turecką agencją Anadolu.

Zmiana strukturalna w europejskiej turystyce 

„Żyjąc w Londynie, spędzam większość zimy, fantazjując o słońcu na mojej skórze, pływaniu w morzu i nastroju beztroski (…). Zanim pojawi się wiosna, zwykle planuję ucieczkę w słońce, piękne plaże i doskonałe jedzenie, idealnie gdzieś na brzegach Morza Śródziemnego, we Francji czy Grecji” – pisze dziennikarka brytyjskiego portalu Business Insider, Megan Carnegie. – „Ale gdy w czerwcu temperatura w Londynie pobiła rekord, zaskoczyłam siebie samą. Zamiast gonić za ciepłem, zarezerwowałam podróż do norweskiego Trondheim, na moje pierwsze coolcation”.

Czytaj więcej

Susza w Europie. Eksperci: To nie brak deszczu jest teraz powodem do zmartwień

To wyznanie stanowi nie tylko credo coolcation, ale też sygnał dla całej branży turystycznej. Urlopowicze zaczynają doświadczać upałów w miejscach, gdzie mieszkają, a dla tych, którzy spędzają czas aktywnie – albo chcieliby tak spędzić urlop – coraz ważniejsze staje się znalezienie miejsca, gdzie od ekstremalnych temperatur można odpocząć. To też nakłada się na badania, zgodnie z którymi dla turystów ważniejsze staje się bezpieczeństwo odpoczynku niż pogoda. Dorzućmy tu jeszcze inne problemy: czerwone alarmy w śródziemnomorskich miastach, niemożność przemieszczania się komunikacją miejską, dyskomfort przebywania na otwartych przestrzeniach, a także potencjalne problemy np. z wodą wodociągową. Dobitny przykład może stanowić sytuacja na hiszpańskich Balearach, gdzie – np. na Majorce – aprowizacja na potrzeby wzmożonego ruchu turystycznego w sezonie staje się coraz większym wyzwaniem. Tym bardziej, że na południu Europy mogą potęgować się problemy lokalnego rolnictwa, pracującego w sezonie w dużej mierze na potrzeby miejscowej bazy turystycznej – od hoteli po gastronomię.

Skoro nie przyjadą w lipcu–sierpniu, a w maju–czerwcu lub wrześniu–październiku, to co za problem? Otóż całkiem poważny: spora część kręcącej się wokół turystów gospodarki to przedsięwzięcia sezonowe, bazujące na członkach rodziny, np. w wieku szkolnym, którzy wspierają właścicieli biznesu, póki sami nie muszą do szkoły chodzić. Lokalna infrastruktura turystyczna, która mogła częściowo – a czasem całkowicie – zwinąć się po dwumiesięcznym sezonie, teraz będzie musiała być utrzymywana przez pół roku, co oznacza podbicie kosztów przy utrzymaniu zaledwie dotychczasowych zysków. Co zresztą wcale nie jest takie pewne: planujący wakacje z dziećmi w wieku szkolnym mają możliwości ograniczone do tradycyjnych kilku tygodni szczytu sezonu. Dla części lokalnych firm obsługujących turystykę bilans może być więc ujemny.

Paradoksalnie, w poprzednich latach zakładano, że pierwszą ofiarą zmian klimatycznych będzie turystyka zimowa – w końcu śnieg znika nawet z najwyższych partii europejskich gór, co zmusza lokalnych usługodawców do zapewniania kosztownego naśnieżania lub stopniowego zwijania biznesu lub przestawiania go na działalność nastawioną na party, a nie na narty. Jednak w obecnych okolicznościach można się zastanawiać, czy klimatyczne ekstrema śródziemnomorskiego interioru nie otworzą nowych możliwości przed wysokogórskimi kurortami – jak w przypadku ośrodków skandynawskich, które oferują letnie wędrówki. Cóż, przyszłość pokaże, ale można metaforycznie już dziś powiedzieć, że smolisty dym nad Bordeaux czy Madrytem spowija całą tamtejszą branżę turystyczną.