Kiedy ostatnio rozmawialiśmy o pogodzie, była zima, w dodatku z opadami śniegu, a w mediach społecznościowych szaleli denialiści klimatyczni, którzy pytali, gdzie to ocieplenie, skoro oni marzną. Sytuacja się odwróciła, mamy upały, za parę dni termometry mają pokazać 40°C, a te same osoby obstają przy swoim: jest lato, więc musi być ciepło. Czy rekordowe upały to nadal norma?

Schemat napływu gorącego powietrza znad Afryki zdarza się też zimą, z tym, że wówczas takie zimowe ocieplenie z reguły uznajemy to za pewnego rodzaju normę. Obecnie ten napływ gorącej masy powietrza ma zupełnie inny kontekst. Jest koniec czerwca i możemy się spodziewać, że w ciągu najbliższego tygodnia padnie kilka rekordów temperatur. Ostatni okres z dość niskimi temperaturami, tworzył swego rodzaju blokadę chłodnego powietrza nad Polską – nam się wtedy udało, ale np. w Hiszpanii, Francji czy Wielkiej Brytanii już padały pierwsze rekordy ciepła. Teraz ta zapora ustąpiła, w efekcie czego powietrze afrykańskie ma swobodę, aby się rozlać na cały kontynent. Będziemy teraz obserwować powolne przesuwanie się tej upalnej masy na północny wschód, czyli wzdłuż kontynentu. W Polsce kulminacja upału wystąpi najprawdopodobniej w niedzielę.

Tego typu napływy gorących mas powietrza z południa kiedyś były rzadkością, natomiast obecnie zdarzają się coraz częściej.

Początek roku był stosunkowo chłodny. Pod koniec lutego mieliśmy anomalię roczną na poziomie -2°C, czyli zaczynaliśmy rok bardzo chłodno. Dzisiaj anomalia przesunęła nam się w kierunku -0,2°C, a ten rok zbliża się do „normalnego”. Problem w tym, że w zasadzie co roku odnotowujemy coraz wyższe temperatury, a nie zdarzają się już lata chłodniejsze, które mogłyby stanowić zaprzeczenie tego wzrostowego trendu temperatury. Bieżący rok statystycznie zbliża się do normy, ale pamiętajmy, że jest ona mocno przesunięta w wyniku bardzo ciepłej dekady 2011-2020.

Czytaj więcej

Europę zalewają ekstremalne upały. WHO mówi o "cichym zabójcy" i radzi, jak się chronić

Wielu komentujących twierdzi, że to nie anomalie, a kwestia manipulowania kolorami, bo kiedyś w prognozie pogody obszar, na którym notowana jest temperatura 28°C w maju byłby zaznaczony na zielono, a dzisiaj ma kolor czerwony.

Dla mnie temperatury rzędu 30°C w maju są szokującym zjawiskiem, ale dla moich dzieci już nie. Ucieszyła nas miniona zima, bo była stosunkowo chłodna, ale nie zapominajmy, że nie odnotowaliśmy żadnego rekordu chłodu, za to od początku roku padły aż cztery rekordy ciepła – w marcu spłynęła do nas fala gorącego powietrza znad Afryki. Właśnie takie napływy w coraz większym stopniu wpływają na naszą rzeczywistość. Co więcej, takie upalne masy bardzo powoli się przesuwają, więc ich wpływ jest odczuwalny bardzo długo.

Bogdan Chojnicki: „Na początku 2026 roku wydawało się, że ta linia będzie się lekko łamać w dół, nat

Bogdan Chojnicki: „Na początku 2026 roku wydawało się, że ta linia będzie się lekko łamać w dół, natomiast okazuje się, że na razie jest to rok normalny, bo anomalia na poziomie -0,2 to w zasadzie błąd pomiarowy. Jesteśmy więc w normie, choć nadchodząca fala upałów nie jest normalna, ale daje sygnał, że powtarza się scenariusz, który obserwowaliśmy w marcu”.

Foto: Archiwum prywatne

W marcu czuliśmy się komfortowo z powodu wystąpienia wspomnianej anomalii. Jak można ocenić jej skutki i wpływ na przyrodę czy gospodarkę wodną?

W ostatnich miesiącach mocno przeplatają się temperatury poniżej i powyżej normy, a amplitudy nie są aż tak duże. Marzec był zaskakująco ciepły pod tym względem, natomiast patrząc z perspektywy przyrody, można powiedzieć, że ten rok jest w miarę normalny. Na przykład rośliny zakwitły w dość typowych terminach. Fizjologia roślin jest w dużym stopniu podyktowana temperaturą i w pewnym sensie sumują one ciepło, na które reagują. Np. w 2024 roku, rekordowo ciepłym, lilak, zakwitł o miesiąc wcześniej, a w tym – normalnie, na początku maja.

W marcu odczuliśmy ulgę, bo zima była dość mroźna, przez co również uciążliwa, ceny opału wystrzeliły w górę, więc niskie temperatury odczuliśmy również w  portfelu. Ciepły marzec przyjęliśmy więc z wdzięcznością, zwłaszcza że chłodna zima utwierdziła nas w przekonaniu, że wszystko jest dobrze, skoro w zimie pada śnieg.

Wiele osób twierdziło, że zimowe opady śniegu rozwiążą problemy związane z dostępem do wody w krajobrazie, tymczasem tak się nie stało. Jeszcze dwa tygodnie temu mieliśmy sytuację, gdy poziom wody w większości rzek znajdował się w stanach niskich i cała sytuacja przypominała raczej koniec sierpnia niż początek czerwca. Teraz wchodzimy w okres wysokich temperatur, a nasza sytuacja hydrologiczna jest nienajlepsza. Innymi słowy, jesteśmy na początku astronomicznego lata, a sytuacja przypomina raczej jego koniec.

W Europie najcieplejszy jest z reguły lipiec, więc spodziewana fala ekstremalnych upałów to dopiero początek.

Te napływy gorących mas powietrza to nasza nowa codzienność. Polska jest na ścieżce tego gorącego powietrza, a niedługo z pewnością usłyszymy o rekordach w Skandynawii, bo część tych mas przesunie się na północ i wywoła tam zaskoczenie termiczne. W tym wzroście globalnej temperatury trzeba pamiętać, że to nie jest linia prosta w górę, tylko taka linia łamiąca się – raz w górę, raz w dół.

Na początku 2026 roku wydawało się, że ta linia będzie się lekko łamać w dół, natomiast okazuje się, że na razie jest to rok normalny, bo anomalia na poziomie -0,2 to w zasadzie błąd pomiarowy. Jesteśmy więc w normie, choć nadchodząca fala upałów nie jest normalna, ale daje sygnał, że powtarza się scenariusz, który obserwowaliśmy w marcu.

Ostatnio wystąpiło trochę opadów, ale wynikały one ze zderzenia wilgotnej, bardzo ciepłej masy powietrza z zimną masą z północy i ten proces w pewnym sensie „wyciskał” nam wodę z atmosfery. Kolejnym frontom towarzyszyły podtopienia, burze, bo wzrost temperatury to z jednej strony to, czego się bardzo obawiamy, czyli niedobory wody, ale z drugiej strony wariant wilgotny i ciepły, który powoduje jej nadmiar. Zmiana klimatu sprawia też, że gdy pojawia się deszcz, często okazuje się, że jest go naraz tak dużo, że nie są w stanie mu podołać systemy kanalizacyjne, betonoza dodatkowo pogarsza sytuację. Gdy przychodzi susza, wszystko działa w drugą stronę.

Czy to, czego obecnie doświadczamy, to efekt tego słynnego, zapowiadanego przez naukowców, „El Niño na sterydach”?

Przede wszystkim warto pamiętać, że statystycznie El Niño niekoniecznie musi oddziaływać w Polsce. Ta statystyka dla Europy jest dość niejasna, nie ma bezpośredniego powiązania europejskich wzorców pogodowych z występowaniem tego zjawiska. Jednak gdy zastanowimy się nad latami, w których El Niño był wyjątkowo silny, np. 2015 r., to w Polsce występowały wówczas intensywne upały i potężna susza, która mocno zatrzęsła produkcją rolną. Inny przykład to 1997 r., kiedy wystąpiła u nas ogromna powódź.

O El Niño warto też powiedzieć, że temperatura globalna w czasie, gdy występuje to zjawisko, zawsze wzrasta o 0,1-0,3°C. Od 1981 r., odkąd są robione pomiary, Pacyfik nigdy nie był tak gorący. Nie wiemy jeszcze do końca, jak zareaguje na taki wzrost temperatury system klimatyczny. Warto też pamiętać, że za każdym razem, gdy występuje faza chłodna, La Niña, pojawia się przekaz, że temperatura na świecie spada. Ale ostatnio La Niña nie zatrzymała wzrostu temperatury, owszem, obniżyła, chwilowo i nieznacznie, średnią globalną, ale nie odwróciła jej wzrostowego trendu.

Obecna susza i nadchodzące ekstremalnie wysokie temperatury brzmią jak przepis na pożary lasów. Czy tego lata powinniśmy się przygotować na tego typu wydarzenia?

Pamiętajmy, że dostęp do wody w rzece i poziom wody w rzece niekoniecznie rzutują na bezpieczeństwo lasów. Na zagrożenie pożarowe w lasach wpływ mają cztery elementy: odpowiednio wysoka temperatura, wiatr, a także niska wilgotność ściółki, która rzadko zależy od poziomu wody w rzece czy rowie. Czwartym czynnikiem jest człowiek, bo w 90-95 proc. przypadków przyczyną pożaru jest podpalenie.

Retencja wody jest bardzo istotna, ale zatrzymywana woda przydaje się bardziej do gaszenia pożaru niż zapobiegania mu. Zagrożenie pożarowe będzie systematycznie wzrastać, bo wyższa temperatura powoduje, że częściej mamy do czynienia z suchą ściółką. Zawsze gdy pada deszcz, na mapie zagrożenia pożarowego w Polsce pojawia się kolor zielony i niebieski, co oznacza warunki względnie bezpieczne. To się jednak szybko zmienia w miarę wzrostu temperatury, a tym samym parowania. Niezależnie od tego warto dbać o odpowiednie uwilgotnienie krajobrazu, zwłaszcza w lesie, bo dostęp drzew do wody jest podstawą ich zdrowia.