Mamy w Polsce suszę. Pytanie: znowu, czy nadal?

Prof. Iwona Wagner: Suszę mamy permanentnie od 2013 r., od tego czasu jesteśmy w deficycie wodnym, który się niezmiennie pogłębia. Cieszy mnie, że się o tym mówi, ale chciałabym podkreślić, że naukowcy mówią o tym problemie od kilkunastu lat, a od kilku dekad powtarzają, że klimat się zmienia i taka sytuacja nastąpi. Polska ma takie uwarunkowania hydrogeologiczne, że duża część kraju po prostu bardzo intensywnie się przesusza i jest na to bardzo podatna. W dodatku od lat konsekwentnie zmierzamy w kierunku ocieplenia klimatu, w kierunku degradacji krajobrazu, więc susza, z którą się dzisiaj zmagamy, jest oczywistą konsekwencją tych działań czy zaniechań.

Jest sporo działań lokalnych, które pozwoliłyby, mimo tego deficytu, coraz więcej wody, która spadnie, zatrzymywać w krajobrazie i łagodzić skutki tych zjawisk, o których mówimy. Na globalną politykę klimatyczną mamy dość niewielki wpływ, ale lokalne procesy w dużej mierze zależą od świadomości decydentów, społeczeństwa oraz decyzji politycznych. I tutaj nasze działania są niewystarczające. 

Czy piętnaście lat temu mogliśmy zrobić więcej, żeby zapobiec skutkom, z którymi mierzymy się dzisiaj?

Prof. Iwona Wagner: Wodę tracimy przez pozbywanie się błękitno-zielonej infrastruktury, bo to roślinność pozwala zmieniać strukturę gleby na bardziej chłonną, powoduje infiltrację, zasila wody gruntowe, powoduje parowanie i potem duża część wyparowanej wody wraca do nas w postaci deszczu. A więc obecność roślinności sprawia, że woda krąży w krajobrazie. Duża odpowiedzialność lokalna spoczywa właśnie na tym, żeby tą roślinnością zarządzać w sposób właściwy, a przede wszystkim chronić ją w jak największym stopniu, w jak najmniej zmienionym stanie.

Prof. Iwona Wagner.

Prof. Iwona Wagner.

Foto: Archiwum prywatne

Są różne koncepcje na ten temat, np. słynny ekolog amerykański profesor Edward O. Wilson, mówił już kilkadziesiąt lat temu, że połowa powierzchni ziemi powinna być objęta ochroną po to właśnie, żeby chronić te podstawowe, podtrzymujące nasze życie procesy krążenia wody i inne procesy ekologiczne. Mamy też najnowszy raport IPCC, w którym czytamy, że 30-50 proc. powierzchni ziemi powinna być inaczej użytkowana, żeby podtrzymywać procesy, od których zależymy. W końcu unijna strategia bioróżnorodności na rok 2030 też obejmuje ochroną bioróżnorodności 30 proc. powierzchni lądów i mórz UE. Teorii i pomysłów, a nawet dokumentów strategicznych i politycznych jest sporo, ale odnoszę wrażenie, że w niewielkim stopniu przekładają się na realne działania w Polsce. Powinniśmy się skupiać na wzmocnieniu ochrony krajobrazu i jego funkcji, czyli m.in. ochrony struktury lasów, tej funkcji społecznej i przyrodniczej, a niekoniecznie produkcyjnej, a także odtwarzaniu cieków i ich łączności z dolinami oraz mokradeł. Natomiast wśród wizji rządzących wciąż dominują plany zabudowy świata, a jak już mówi się o retencji, to w takim sensie, żeby gromadzić wodę w ogromnych zbiornikach. Nie tędy droga.

Czytaj więcej

Nad Ziemią ubywa chmur. Eksperci: Planeta traci swój naturalny parasol

Cały czas koncentrujemy się z jakiegoś powodu na jak najszybszym odprowadzeniu tej wody, która spada na nasze tereny po to, żeby skupić ją w jednym miejscu – w zbiorniku. Tylko po co? Ona tam jest najmniej potrzebna. Potrzebna jest w krajobrazie, gdzie mamy postępującą suszę. Trzymanie wody w dużych zbiornikach sprawi, że ona i tak jest dla nas stracona – odpływa do morza, odparowuje przy wysokich temperaturach, a wcześniej jeszcze „zakwitnie”, czyli pojawią się w niej kancerogenne sinice, które chętnie rosną w ciepłych, płytkich, zasobnych w fosfor i uproszczonych biologicznie systemach wodnych.

Retencja nie jest naszą mocną stroną. Według danych rządowych w Polsce zatrzymuje się poniżej 8 proc. wody, podczas gdy średnia unijna wynosi ok. 20 proc.

Prof. Iwona Wagner: Polska ma tyle samo wody, co Egipt. Tylko że zasoby wodne Egiptu koncentrują się niemal w całości w rzece Nil, a biorąc pod uwagę opady rzędu średnio 18 mm i średnią temperaturę 25-30°C, tylko ok. 1 km sześcienny wody na rok plus minus jest zatrzymywany w krajobrazie. W Polsce większość wody jest zatrzymywana w krajobrazie. Idąc tym tropem, Egipt ma 95 proc. wody w jednym miejscu – to tak właśnie, jakby miał jeden wielki zbiornik, z którego nic nie wynika dla warunków życia (dostępu do wody) i produktywności ekosystemów (w tym produkcji żywności) na jego pozostałej jego powierzchni. Więc co to zmieni? Cały teren i tak jest suchy. W przypadku Polski jest inaczej – nie musimy budować zbiorników zaporowych, aby zatrzymać tę wodę. Musimy zadbać o krajobraz, który skutecznie ją zatrzyma w milionie punktów, tam, gdzie jest potrzebna.

Czytaj więcej

Klimatyczni negacjoniści w ofensywie. Biały Dom wpuszcza ich na salony

Czyli retencja jest potrzebna, ale rozproszona, tak, żeby spełniała swoją funkcję np. w rolnictwie?

Prof. Iwona Wagner: Największym rezerwuarem wody jest gleba. Niszczenie biosfery prowadzi do degradacji gleby, dlatego że nie ma tej materii organicznej, która budowałaby jej wodochłonną strukturę. Z przerażeniem przyglądam się otaczającym moją działkę polom, które wyglądają jak plaża w Sopocie, tak bardzo są wysuszone. To jest pokłosie rolnictwa lat 50. ubiegłego wieku, w którym stawiano na mechanizację, szybki wzrost i szybki zysk. W konsekwencji tego pośpiechu straciliśmy procesy i systemy podtrzymujące tę produkcję. Utraciliśmy wodę, zasoby składników odżywczych, co dawało nam bezpieczeństwo, a teraz musimy to bezpieczeństwo zapewniać dodatkowymi środkami i działaniami.

Mam wrażenie, że statystyczny Polak może nie przejąć się kondycją gleby, ale raczej zwróci uwagę na podwyżki cen żywności, które są konsekwencją suszy. Eksperci alarmują, że stan upraw ozimych jest w tym roku gorszy niż rok wcześniej. Czy to już moment, w którym powinniśmy się zacząć martwić o bezpieczeństwo żywnościowe kraju?

Prof. Szymon Malinowski: Wydaje mi się, że cały czas mamy złudne poczucie bezpieczeństwa, bo dużą część żywności możemy stosunkowo tanio kupić gdzie indziej. I dopóki te dalsze miejsca nie zostaną bardzo silnie dotknięte możliwością produkcji, to my nie odczujemy tego tak mocno we własnych kieszeniach. Natomiast mechanizmy gospodarcze, które w tej chwili działają kompletnie ignorując podstawowe zasady przyrody, prowadzą do eksternalizacji różnego rodzaju skutków, dopóki jest to możliwe. Jednak w pewnym momencie kryzysu globalnego, który narasta, związanego ze zmianą klimatu, ta możliwość odpadnie.

Prof. Szymon Malinowski.

Prof. Szymon Malinowski.

Foto: Archiwum prywatne

Prof. Iwona Wagner: Ja myślę, że my się psychicznie przyzwyczajamy do pomału nasilających się ekstremów i wydaje nam się, że możemy w nich cały czas funkcjonować. I to jest oczywiście jakaś forma adaptacji, która wcale nie działa na naszą korzyść, a przyzwyczajanie się do powtarzających się trudnych sytuacji klimatycznych i poszerzanie naszej skali funkcjonowania w nich sprawia, że społecznie się do tego „adaptujemy”. Tylko że adaptacja ma granice. Tych granic adaptacji jest sporo, są granice systemowe, instytucjonalne, finansowe i z większością do jakiegoś momentu możemy sobie radzić, ale jednej nie zmienimy –granicy biofizycznej, czyli możliwości funkcjonowania naszej biosfery w określonych warunkach klimatycznych. A do tego momentu się zbliżamy. Obawiam się, że moment, w którym zdecydujemy się działać, to będzie moment, w którym procesy degradacji będzie bardzo trudno odwrócić.

Czytaj więcej

Ciemna strona padla. Tysiące ptaków giną na boiskach do gry

Polska znajduje się w bardzo szczególnej sytuacji, bo w całości leży na terenie dwóch zlewni, Wisły i Odry, które niemal w całości znajdują się w naszych granicach. Powiedzmy więc otwarcie – jesteśmy całkowicie odpowiedzialni za własną gospodarkę wodną. To jest bardzo komfortowa sytuacja w tym sensie, że możemy samodzielnie podejmować dobre decyzje. Z drugiej strony – jeśli podejmiemy złe decyzje – nie mamy kogo winić, poza własną krótkowzrocznością i bezradnością. Niestety, chętnie tkwimy w złudnym poczuciu bezpieczeństwa, że jakoś to będzie.

Odnoszę wrażenie, że nie przejmujemy się np. sytuacją związaną z pożarami lasów. W ubiegłym roku w Europie odnotowano rekordowe zniszczenia na powierzchni przekraczającej 1 mln hektarów. My nie ucierpieliśmy w takim stopniu jak południe Europy, ale na stronie Ministerstwa Klimatu i Środowiska możemy przeczytać ostrzeżenie dotyczące „krytycznej” sytuacji pożarowej w lasach. W wielu regionach wilgotność ściółki spadła poniżej 10 proc., co oznacza ekstremalne narażenie na pożary.

Prof. Szymon Malinowski: To jest bardzo dobry przykład, bo np. Lasy Państwowe mają bardzo dobry system obserwacyjno-gaśniczy, dzięki któremu większość pożarów udaje się gasić na wczesnym etapie. Ale dotkliwa susza i kiepska gospodarka wodna doprowadzą w końcu do sytuacji, w której pożar przerośnie możliwości systemu i nie da się łatwo ugasić. Konieczne jest więc działanie, by poziom suszy był mniejszy, a woda była skutecznie zatrzymywana w krajobrazie. Inwestujemy w różne zabezpieczenia, ale zapominamy o podstawowych kwestiach, które realnie mogłyby ograniczyć skalę pożarów.

Koszt suszy, powodzi i pożarów w Polsce rocznie sięga nawet 12 mld zł, co odczuwamy chociażby w kosztach żywności, ale wydaje się, że wolimy ponosić konsekwencje tych wydarzeń niż płacić za to, by im zapobiec.

Prof. Szymon Malinowski: Tutaj świetnym przykładem są ubezpieczenia, które zostały w tym celu stworzone, aby rozłożyć koszty w czasie i na szeroką grupę oraz pomóc tym, których zdarzenie dotknęło. Ale narasta problem, jak się zabezpieczyć przed skutkami zdarzeń związanych z pogodą, które są coraz dotkliwsze, zdarzają się coraz częściej i są coraz bardziej powiązane. Wskutek tych zmian ubezpieczyciel podnosi składki, w odpowiedzi ludzie przestają je płacić, a w kolejnym kroku ubezpieczyciel wycofuje ubezpieczenia. Niestety koszty i tak w nas uderzą, tylko będą musiały być pokryte z naszych podatków.

Nie dziwi mnie, że coraz większych grup obywateli nie stać na koszty ubezpieczenia, ale dziwię się państwu, że np. mając mapy terenów zalewowych, pozwala na inwestycje na nich. Ktoś się buduje na terenie, który mu się podoba, ale jest niebezpieczny ze względu na zagrożenie, a kosztami tej niefrasobliwości zostajemy obciążeni wszyscy. Państwo czy samorządy powinny bezwzględnie nie dopuszczać do takich inwestycji. Budujemy coraz bardziej lekceważąc wymagania przyrody, nie rozumiejąc że nie ma już czasu na „zdobywanie przyrody”. My ją już dawno zdobyliśmy, zdominowaliśmy i zniszczyliśmy. A teraz stajemy się ofiarami bezmyślnego rozwoju.

Zgoda, ale o ile tzw. przeciętny człowiek może nie mieć świadomości klimatycznej, to już rządzący powinni ją mieć i uwzględniać w swoich decyzjach i planach.

Prof. Szymon Malinowski: Niestety, istnieje jakieś społeczne przyzwolenie na głoszenie dowolnych bzdur tylko po to, żeby zdobyć kilka dodatkowych głosów. W efekcie w wyborach wygrywają nie osoby odpowiedzialne, a te, które potrafią najgłośniej krzyczeć, by przypodobać się nierozumiejącym zależności między naszymi potrzebami i wymaganiami natury. To pominięcie odpowiedzialności za słowo jest bardzo niebezpiecznym zjawiskiem narastającym zarówno w mediach tradycyjnych, jak i społecznościowych. W efekcie  brak odpowiedzialności za słowo stał się nową normą polityczną.

Ciekawym przykładem niewydolności władzy w kontekście i bezpieczeństwa, i troski o klimat, jest problem przynależności  Polski do Europejskiego Centrum Średnioterminowych Prognoz Pogody (ECMWF). Od dziesięcioleci Polska jest na mapie ECMWF białą plamą wśród krajów europejskich. Było już kilka prób inspirowanych przez środowisko naukowe przystąpienia do tej organizacji. Ostatnia, trwająca od półtora roku, utknęła gdzieś w martwym punkcie uzgodnień międzyresortowych. Tymczasem ta współpraca międzynarodowa jest kluczowa dla jakości prognoz czy meteorologiczno-klimatycznego know-how, co w praktyce bezpośrednio wpływa na bezpieczeństwo, a nawet obronność. Trudno ocenić, co jest przyczyną tej sytuacji, czy ignorancja, czy zaniedbanie, bo koszty nie są wysokie. Pokazuje to jednak inercję i brak zrozumienia możliwości, jak nauka i zrozumienie procesów w atmosferze, morzach i oceanach, przyrodzie mogą pomóc społeczeństwu, gospodarce przez lepsze  planowanie długoterminowe, wydłużenie horyzontu i precyzji prognoz i mniej niepewności przy zarządzaniu w sytuacjach kryzysowych.

Prof. Iwona Wagner: Działania klimatyczne zaczynają się od monitoringu, od zdobywania wiedzy, od zbudowania świadomości złożonych powiązań – trzeba zrozumieć złożone procesy i dopiero wtedy przejść do działania. Po powodzi uruchomiono środki na likwidację skutków i na zapobieganie kolejnym wydarzeniom, to bardzo dobrze. Ale upewnijmy się, że działania, które podejmiemy, nie doprowadzą nas do tzw. nietrafionej adaptacji – bo drugiej szansy nie będzie. Nie sztuką jest wydać pieniądze, trzeba je spożytkować najlepiej, osiągając różne cele, nie powodując szkody, która w przyszłości, przy nasilających się problemach klimatycznych, może nas dużo kosztować. Bez konsultacji społecznych, bez zaproszenia do stołu specjalistów z różnych środowisk, nie da się wybrać skutecznych rozwiązań.

BIO

Prof. Szymon Malinowski i dr hab. Iwona Wagner są członkami interdyscyplinarnego Komitetu ds. Kryzysu Klimatycznego przy prezydium PAN, który od lat usiłuje wspomagać władze oraz administrację państwową i samorządową, a także przedsiębiorców i obywateli, w działaniach dla ograniczenia antropogenicznej zmiany klimatu i skutecznej adaptacji do tych zmian, które są nieuniknione.