Rebecca Solnit w swojej książce “Nadzieja w mroku” z perspektywy historyczki pokazuje, jak wielkie zmiany dokonały się już w dziejach świata, poszerzając tym samym nasze wyobrażenie o tym, jaka skala zmian jest możliwa. Solnit uważa, że nadzieja to nie jest optymistyczne przekonanie, że wszystko będzie dobrze, nie jest to także czekanie na zmianę bez zaangażowania w nią. Nadzieja to uczestniczenie w zmianie, która jest możliwa, mimo tego, że nie ma pewności, czy i kiedy zostanie osiągnięta. Działanie dla klimatu wymaga tak właśnie rozumianej nadziei. Potrzebna jest zmiana o olbrzymiej skali, a wcale nie ma pewności, czy zostanie ona w pełni osiągnięta w czasie, jaki nam pozostał. Uważam jednak, że jest to jedyna słuszna droga, bo obecny stan rzeczy jest dla ludzi i przyrody krzywdzący już teraz, a bez zmiany doprowadzi do katastrofy.

Czytaj też: Magdalena Budziszewska: jak rozmawiać o zmianach klimatu?

Żyjemy w czasie kryzysu klimatycznego i szóstego masowego wymierania gatunków. Działania człowieka doprowadziły do zmian w powłokach Ziemi: emisja gazów cieplarnianych zmieniła skład atmosfery, obserwowane są też zmiany w litosferze czy hydrosferze. Człowiek, przekonany, że jest w stanie zdominować planetę, korzysta ze wszystkiego, czego zapragnie. Bez opamiętania pozyskuje zasoby, naruszając granice wytrzymałości planety i rozregulowując możliwość utrzymania na niej ludzkiego życia.

Co ważne – nie wszyscy jesteśmy za to w równy sposób odpowiedzialni. Zyski trafiają do jednych, ryzyko ponoszą drudzy.

Warto mieć jednak nadzieję. Jeśli mamy taką siłę, by dokonać diametralnych zmian w jednym – złym – kierunku, to możemy także zmienić przyszłość na lepszą. Zaczęłam działać dla klimatu, gdy w miejscu z którego pochodzę planowano odkrywkową kopalnię węgla brunatnego. Żeby dotrzeć do tego najbrudniejszego i najmniej efektywnego paliwa kopalnego, trzeba wykopać olbrzymią dziurę. Oznacza to zdarcie z powierzchni wszystkiego co nad węglem, czyli jedynym elementem, który wydaje się mieć wartość. Zarówno odkrywki, jak i pracujące w nich maszyny to czysta materializacja dominacji człowieka. Do wydobywania surowca używa się gigantycznych koparek – największych naziemnych pojazdów, jakie kiedykolwiek zbudowano.

Plany wydobywania węgla wywołały jednak sprzeciw. Dla wielu osób ważne było właśnie to, co zbędne w logice kopalni odkrywkowej. Znaczenie miały znane od zawsze pola, z których utrzymywali się lokalni rolnicy, łąki, będące miejscem życia roślin i zwierząt, lasy będące miejscem odpoczynku i pracy. Być może nie dawały one możliwości uzyskania zysków finansowych podobnych do zapowiadanych w przypadku powstania kopalni, ale dawały równowagę. Protestowano więc, żeby miejsca te nie stały się nic nieznaczącym nadkładem, brudem i kurzem, który można zmieść, żeby dotrzeć do “prawdziwej wartości”. W referendach wyrażana była niezgoda na to, żeby wysiedlić tysiące ludzi i zniszczyć 15 miejscowości. Działo się to na terenie Łużyc – w miejscu z przeszłością pełną nieciągłości, a jednak budującą lokalną tożsamość.

Historia planów wydobywania węgla brunatnego w gminach Gubin i Brody to trwające dziesięć lat przekonywanie mieszkańców i mieszkanek o korzyściach ze zniszczenia kolejnego fragmentu ziemi, z emisji kolejnych ton gazów cieplarnianych.

To także opowieść o ocaleniu tego miejsca, siłą sprzeciwu ludzi mających nadzieję i odwagę, by wyobrazić sobie, że inne zakończenie zamierzeń koncernu PGE jest możliwe.

Działam na rzecz klimatu, bo wierzę, że siła ludzi działających wspólnie jest w stanie stworzyć lepszą przyszłość. Tak jak w gminach Gubin i Brody.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ