Trauma Fukuszimy i Czarnobyla powoli blednie, przynajmniej w obliczu nadciągającej wielkimi krokami katastrofy klimatycznej. Jeżeli jeszcze dekadę temu kanclerz Angela Merkel mogła sobie pozwolić na ogłoszenie decyzji o stopniowej rezygnacji z energetyki nuklearnej, to wygląda na to, że wieści o śmierci atomu były przedwczesne.

Najświeższego dowodu na prawdziwość tej tezy dostarczyła w ostatnich dniach października szefowa Komisji Europejskiej. Inna sprawa, że na razie w mało oficjalny sposób, bo poprzez tweeta. – Potrzebujemy więcej odnawialnych źródeł energii. Są tańsze, wolne od węgla i powstają na rodzimym gruncie – pisała Ursula von der Leyen. – Potrzebujemy także stabilnego źródła, nuklearnego, a na czas transformacji – gazu. Dlatego przedstawiamy propozycję naszej taksonomii.

W oczywisty zatem sposób wynikałoby z tego, że energetyka atomowa zostanie uwzględniona we wspomnianej taksonomii – czyli w uproszczeniu we wskazówkach co do tego, jakie inwestycje będą wspierane europejskimi pieniędzmi. Jeżeli na tej liście miałyby się znaleźć elektrownie atomowe, oznaczałoby to, że ten sektor energetyczny wraca do łask.

Strach i koszty

„Jeśli jesteś przeciwko emisji tlenków węgla i przeciwko energii jądrowej, to jesteś za blackoutem. Najzwyczajniej w świecie nie istnieje sposób, aby ograniczyć globalną emisję gazów cieplarnianych bez zwiększenia stopnia wykorzystania energetyki jądrowej" – pisze Robert Bryce, amerykański publicysta i popularyzator nauki, w swojej książce „Siła energii. Elektryczność bogactwem narodów".

Jeszcze do niedawna ten entuzjazm nie był postawą często spotykaną. Energetyka nuklearna przeżyła swoje złote czasy w okresie dwóch czy trzech dekad po II wojnie światowej, kiedy zaprzęgnięto ją do cywilnych projektów, skoncentrowanych na produkcji energii. O symbolicznym apogeum jej popularności można było mówić w 1976 r., kiedy to rozpoczęto budowę 44 projektów atomowych i był to najwyższy wskaźnik w historii. Trzy lata później odnotowano też najwyższą w historii liczbę reaktorów znajdujących się w budowie – 234 jednostki.

W tym samym roku przyszedł pierwszy cios: wypadek w elektrowni atomowej Three Mile Island w Pensylwanii. Wówczas był to niemały szok – awaria nie tylko przeraziła wielu na Zachodzie, ale i przebiła się do popkultury. Katastrofa w Czarnobylu siedem lat później tylko upewniła część społeczeństwa, z ekologami na czele, że z energetyką jądrową trzeba walczyć. Branża energetyczna włożyła w kolejnych latach wiele wysiłku, by przekonać społeczeństwa krajów rozwiniętych, że kolejne generacje reaktorów są znacznie bezpieczniejsze. Ale wszystkie te zapewnienia podważyła awaria elektrowni w japońskiej Fukuszimie w 2011 r.

Skutkiem była nie tylko decyzja kanclerz Merkel, ale wszechogarniająca zapaść całego rynku. „Amerykańska branża energetyki jądrowej znalazła się w głębokim kryzysie. W latach 2013–2018 operatorzy energetyczni zamknęli lub ogłosili zamknięcie 15 elektrowni jądrowych. Łączna wydajność tych elektrowni wynosiła 133 TWh rocznie, a to o około 70 proc. więcej zeroemisyjnego prądu niż w 2017 r. wytwarzała cała amerykańska infrastruktura słoneczna" – pisze Bryce.

– Najważniejszym powodem rezygnacji z atomu była opłacalność takich inwestycji – przekonywał jednak w rozmowie z „Rzeczpospolitą" Mycle Schneider, badacz i doradca m.in. Parlamentu Europejskiego w zakresie energetyki. – Jeżeli mamy firmę wartą 1 mld, która porywa się na projekt wart 2 mld, a ostatecznie płaci rachunek rzędu 4 mld, to musi się skończyć bankructwem. A gdy na rynku zaczynają mnożyć się bankructwa i projekty kończące się porażką, nie jest to zachęcający sygnał dla innych.

Trudno się dziwić, że Europa się podzieliła. Po stronie atomu stały Wielka Brytania, Francja (która wycofała się z rzuconych po Fukuszimie obietnic rezygnacji z atomu) i grono krajów ze środkowo-wschodniej części UE, gdzie branża nuklearna działa prężnie lub stosunkowo niedawno utworzyła przyczółki. W opozycji stanęły Niemcy i te kraje, w których Zieloni zawsze stanowili znaczącą siłę polityczną. W efekcie przez trzy ostatnie lata trwały dyskusje o tym, czy można uznać atom za zielone źródło energii czy też nie. Jak wynikałoby z cytowanych wyżej wypowiedzi szefowej Komisji Europejskiej, zwolennicy przeważyli szalę.

Polskie dylematy

Polska w zasadzie wyboru dokonała. Teoretycznie decyzja o budowie potencjału jądrowego zapadła: w rządowej strategii PEP 2040 zawarto koncepcję budowy sześciu elektrowni o łącznej mocy od 6 do 9 GW. Uzupełnia ją dokument „Program polskiej energetyki jądrowej", zawierający mapę drogową dla rynku. Pojawiła się też druga koncepcja: budowy małych, modułowych reaktorów SMR (small modular reactor), alternatywa dla graczy biznesowych spoza branży elektroenergetycznej, takich jak Synthos czy KGHM.

Problem w tym, że w obu przypadkach są to pomysły odległe. – W mojej ocenie każda opcja, która doprowadzi do tego, że Polska stanie się krajem atomowym, jest opcją fantastyczną – mówi nam Andrzej Sikora, szef Instytutu Studiów Energetycznych. – Dzisiaj niestety, trudno powiedzieć, że stać nas na którąkolwiek z nich. Nawet prawo atomowe mamy nieprzygotowane, żeby nie wspomnieć o tym, że po 11 latach prac wciąż nie wyznaczono ewentualnych lokalizacji dla takich jednostek – wytyka.

– Duże i małe rozwiązania nie muszą się wykluczać – uzupełnia w rozmowie z „Rzeczpospolitą" Paweł Gajda, ekspert krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej. – Preferencja dla dużych bloków w programach rządowych ma sens ze względu na dostępność technologii. Pewną zaletą małych reaktorów jest natomiast fakt, iż jeśli potwierdzi się, że koszty są konkurencyjne, umożliwiłoby to udział w takich przedsięwzięciach mniejszym podmiotom, biznesowi. Wtedy oba rozwiązania mogłyby się uzupełniać: np. małe jednostki powstawałyby w miejscach, gdzie systemowo nie ma potrzeby budowania dużych mocy, jest mniejsze zapotrzebowanie. Należy pamiętać, że i w jednym, i w drugim przypadku koszty są obarczone niepewnością. Tak, dotyczy to również dużych jednostek, choć dzięki istniejącym doświadczeniom jest ona mniejsza niż w przypadku projektów, których prototypy jeszcze nie powstały – podsumowuje.

Nic przed 2030 rokiem

– Decyzja w zakresie wyboru między dużym a małym atomem opiera się przede wszystkim na dostępności tych technologii – dowodzi Gajda. – Niewątpliwie tu przewagę mają duże jednostki: czy to EPR koncernu EDF, czy AP100 Westinghouse'a, czy APR1400 oferowany przez KEPCO to jednostki, które już gdzieś na świecie działają. Tymczasem w przypadku SMR, u potencjalnych dostawców, czy to GE Hitachi Nuclear Energy z BWRX-300 czy NuScale Power LLC i PBE Molecule, nie ma mowy o działających jednostkach. Ba, nikt nie zaczął jeszcze ich budowy, nie dostał nawet na nią pozwolenia – zastrzega.

A tu trzeba też zauważyć, że równowartością sześciu tradycyjnych jednostek z rządowego programu jest 20 reaktorów SMR typu BWRX-300, albo nawet niemal setka w technologii proponowanej przez NuScale. – Rozstrzygnięcie, ilu projektów SMR-owych potrzebowałaby Polska, żeby to źródło zaczęło odgrywać istotną rolę w miksie energetycznym, to zasadniczy problem – dodaje szef ISE. – Nie zdefiniowaliśmy bowiem kierunku, w jakim miałaby się rozwijać polska gospodarka. Czy mamy iść w stronę ciężkiego, energochłonnego przemysłu? Tak zrobili Niemcy, dziś mają z tym duży problem, ale też wiedzą, co chcą z nim zrobić. My takiej dyskusji nie przeprowadziliśmy – ucina.

Mimo to Andrzej Sikora jest przekonany, że może się okazać, iż SMR będziemy mieli szybciej. – Po duże bloki atomowe nieco szybciej ustawili się Ukraińcy i mam wrażenie, że są dzisiaj w lepszej pozycji – podkreśla. W przypadku SMR pionierski proces dopuszczenia do budowy (w Kanadzie) dopiero się zaczął. – Gdyby tam zapadła wreszcie pozytywna decyzja, bardzo przyspieszyłoby to wdrażanie tej technologii w innych krajach. Wystarczy spojrzeć na to, jak długa kolejka uformowała się po te małe reaktory u nas: Sołowow, Solorz, Unimot, Orlen, KGHM, Azoty – wymienia.

Tak czy inaczej, zdaniem ekspertów, jakakolwiek data uruchomienia w Polsce atomu przed 2030 r. jest nierealna. W przypadku SMR mogłoby to być nieco wcześniej, gdybyśmy porwali się na ryzyko dopuszczenia do budowy pionierskiej instalacji na naszym terytorium. Ale i to nie jest pewne, bowiem podczas budowy prototypów zwykle pojawiają się nieprzewidywane komplikacje, których usuwanie wydłuża proces budowy. Szkoda, bowiem wygląda na to, że w chwili, kiedy Unia dokonuje zwrotu w swojej polityce, Polska jest jeszcze w lesie.