„Dobre wieści: nie ma żadnego kryzysu klimatycznego” – witał wchodzących do jednego z waszyngtońskich hoteli baner, ustawiony w głównej sali balowej. „Nie stresuj się: nie ma kryzysu klimatycznego” – powtarzały ulotki. – „CO2 ratuje życie”, „paliwa kopalne – najbardziej zielone wśród źródeł energii”, „nie wstydzę się mojego śladu węglowego” – dorzucały. Książeczkę dla dzieci poświęcono podnoszeniu się poziomu mórz i oceanów, zapewniając, że jest on nieznaczny. Do dorosłych adresowano broszurkę „Rzucając wyzwanie zerowym emisjom poprzez naukę”.
Imprezę uświetnił szef amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska (EPA), Lee Zeldin. – Nie podążamy ze ślepym posłuszeństwem za złowieszczymi, malowanymi w czarnych barwach przepowiedniami dnia bieżącego – zapewnił, jak relacjonuje dziennikarka „The New York Times”, zebranych. – Nie wpisujemy się w scenariusz, w którym świat miałby się lada chwila skończyć – powtarzał, ku euforii audytorium, które nagrodziło jego wystąpienie owacją na stojąco. – Czuję się cudownie – podkreślił po wszystkim James Taylor, prezes organizującego imprezę think-tanku Heartland Institute. – Prawda zwycięża – skwitował.
Od alt-prawicy do koncernów naftowych
Ubiegłotygodniowe spotkanie środowisk aktywistów i klimatycznych negacjonistów w Waszyngtonie zgromadziło ponad dwieście osób z rozmaitych środowisk. Przeważnie byli to twórcy i eksperci występujący pod szyldami think-tanków, które powstały w ostatnich latach na obrzeżach altprawicy i ruchu MAGA, finansowanych pośrednio lub nawet bezpośrednio, bez owijania w bawełnę, przez duże koncerny naftowe. Nie jest to jednolite środowisko: jedni odrzucają całą wiedzę gromadzoną przez naukowców, twierdząc, że nie ma żadnych zmian klimatycznych; drudzy przekonują, że jakieś zmiany klimatu zachodzą, ale człowiek nie ma z nimi nic wspólnego; jeszcze inni dowodzą, że mamy do czynienia ze zmianami klimatu i za jakąś ich część odpowiada ludzkość, ale nie ma powodów do bicia na alarm i wprowadzania jakichkolwiek zmian, choćby dotyczących ograniczania emisji, bo zachodzą one tak wolno, że nie jest to problem.
Czytaj więcej
Szoki na rynkach surowcowych spowodowały gwałtowne skoki cen i narastającą panikę. Ale to skutki zmian klimatu będą stopniowo osłabiać globalny wzr...
James Taylor zalicza się do tych ostatnich. – Wierzę, że ludzie odgrywają pewną rolę w zmianach klimatu. Ale to przekonanie bardzo odległe od stwierdzenia, że wierzę w jakiś „kryzys klimatyczny” – relacjonował szef Heartland Institute brytyjskiemu dziennikowi „The Guardian”. – To ważne, by nie mieszać dwóch bardzo odmiennych pojęć – ucinał.
Argumenty klimatycznych sceptyków
Ironia losu: pierwsze raporty dotyczące wpływu spalania kopalin na wzrost temperatur na świecie powstały w kręgu koncernów energetycznych w połowie lat 60. Potrzeba było jednak dekady z okładem, żeby naukowcy zaczęli nabierać przekonania, że coś jest na rzeczy – i że sprawa jest bardziej pilna niż mogłoby się wydawać. Towarzyszył temu dyskurs, w którym zwolennicy bicia w dzwony spierali się z adwersarzami ze świata nauki, którzy podważali pierwsze doświadczenia, szukali kontrargumentów, przedstawiali zjawiska rozbijające sugerowane schematy.
Z czasem jednak szeregi sceptyków wywodzących się ze świata nauki topniały. Pojawili się za to politycy i eksperci z innych dziedzin, którzy kwestionowali wnioski wyciągane przez meteorologów czy klimatologów. Pierwszy raport EPA z 1983 r., który prognozował, że bolesne skutki zmian klimatycznych USA odczują już za „kilka lat”, z potencjalnie „katastrofalnymi konsekwencjami” administracja Ronalda Reagana zbyła wzruszeniem ramion jako nadmiernie alarmistyczny. Ba, jeszcze w 2015 r. republikański senator Jim Inhofe przytargał na swoje wystąpienie przed izbą śnieżkę, która miała być dowodem, że żadnego ocieplenia nie ma. Dziś pointuje się każdą falę mrozu stwierdzeniami „no i gdzie to wasze ocieplenie”?
Dziś negacjonizm klimatyczny funkcjonuje na rozmaitych poziomach. Często, jak Zeldin podczas waszyngtońskiej konferencji, używa się epitetów: szef EPA nazwał dorobek światowej klimatologii w zakresie zmian klimatycznych „kabałą elit”. Jak można rozumieć, za jego kadencji w EPA (być może nie tak długiej, gdyż w Waszyngtonie spekuluje się, że Donald Trump może szykować dla niego stanowisko prokuratora generalnego) nikt już się tą kabałą zajmować nie będzie, czego gwarancją są szeroko zakrojone zwolnienia oraz skasowanie programów związanych z badaniem zmian klimatycznych.
Czytaj więcej
Nadchodzące „Super El Niño” – według prognoz – może być najsilniejszym takim zjawiskiem od 140 lat. Naukowcy przestrzegają przed możliwymi anomalia...
Można też wskazywać na dobro możliwe dzięki kopalinom: straż pożarna czy karetka pogotowia jest w stanie dojechać do potrzebujących dzięki kopalnym paliwom napędzającym pojazdy – jak przekonuje w przetłumaczonej na polski książce „Przyszłość paliw kopalnych. Dlaczego rozwój i dobrobyt ludzkości wymagają dalszego wykorzystywania ropy naftowej, węgla i gazu ziemnego”. „Dzięki paliwom kopalnym nasz świat jest nienaturalnie przyjazny życiu” – przekonuje autor w jednym z rozdziałów, dorzucając, że „ignorujemy korzyści”, a współczesna – na kopalinach oparta – technologia jest w stanie poradzić sobie ze skutkami zmian na planecie. W podobnym kierunku poszedł w zeszłym roku Bill Gates, który z kolei w sążnistym liście-apelu do decydentów z całego świata zaproponował zmianę priorytetów – przerzucenie środków przeznaczanych dziś na zwalczanie zmian klimatycznych na wspieranie społeczności w potrzebie: walkę z ubóstwem, chorobami, budowanie bogactwa i dobrobytu, które w naturalny sposób miałyby się przekładać na wzmocnienie ludzkości w obliczu zmian klimatycznych. Stanowisko to społeczność organizacji takich jak Heartland Institute przyjęła zresztą wielkim aplauzem.
Logika, która się wymyka
I trudno się dziwić, bo Gates w gruncie rzeczy odwołuje się do podobnych emocji, co niemała część organizacji zaprzeczających zmianom klimatycznym (lub umniejszających je): przede wszystkim do tego, że działania związane z porzucaniem kopalin na rzecz czystszych źródeł energii przekładają się na wzrost rachunków, paraliżują bogacenie się, krępują konkurencyjność firm i państw. Korzyści, do których można by się było odwołać, próbując odpowiedzieć na tę argumentację, nie są tak namacalne. Pieniądze z pozwoleń na emisje w systemie ETS wracają do państw, w których je zapłacono – i mają służyć finansowaniu odchodzenia od kopalin, a zatem: wymykania się z samego ETS (innymi słowy, system ten pracuje na to, by nie był potrzebny). To miliardy złotych rocznie, tyle że niekoniecznie używane zgodnie z ich przeznaczeniem. Brytyjscy eksperci oszacowali niedawno, że koszty jednego kryzysu na rynku paliw kopalnych są dla rządu w Londynie wyższe od tego, co należałoby wydać na przestawianie kraju na ścieżkę zeroemisyjności. Finansowa skala szkód klimatycznych w USA jest nieproporcjonalnie wyższa w stosunku do emisji tego kraju. Można by zatem rzec: bogaćcie się, by powodzie, pożary i huragany miały wam co zabrać.
Czytaj więcej
Z nowego badania wynika, że USA są nie tylko największym globalnym emitentem gazów cieplarnianych ostatnich dekad, ale też krajem, który za zmiany...
Ale te argumenty są abstrakcyjne i opierają się na szkodach, których być może uda nam się uniknąć. Ankieterzy z firmy Ipsos w 2023 r. przeprowadzili globalne badanie postaw wobec zmian klimatycznych i stwierdzili, że 36 proc. populacji świata kwestionuje zmiany klimatyczne, a przede wszystkim „wkład ludzkości” w nie. W Stanach Zjednoczonych odsetek negacjonistów klimatycznych jest szacowany średnio na 15 proc., ale w niektórych stanach może być nawet o kilka procent wyższy. W Polsce prawdopodobnie są to podobne wartości, przy uwzględnieniu również osób „obojętnych” wobec zmian klimatu. Choć nie powtarza się takich badań w takiej skali zbyt często, wiele wskazuje na to, że w ostatnich latach owych sceptyków mogło przybywać – o procent czy kilka, ale nieubłaganie.
Przekonana do zmian klimatu wydaje się być za to branża ubezpieczeniowa. Skoki w wycenach polis dla nieruchomości i innych aktywów, które są wrażliwe na ekstrema pogodowe są tu dobitnym powodem. Oczywiście – mogą na to rzec sceptycy – branża wykorzysta tu każdy pretekst, żeby podnieść ceny. Ale nie tłumaczy to faktu, że branża coraz częściej odmawia usług w niektórych regionach, które przestały uchodzić za bezpieczne – w tym przypadku rezygnowałaby przecież z łatwych pieniędzy.
Klarnecista i jego dzieło
Żeby jednak walczyć z naukowcami wykuwającymi w pocie czoła „kabałę elit”, trzeba wytoczyć własne – naukowe rzecz jasna – działa. Nie jest to proste, bo od dobrych kilkunastu lat w środowisku naukowym panuje konsensus: tak w sprawie zmian, jak i udziału w nich cywilizacji. Ale skuteczne bywa po prostu odpalenie jakiejś hasłowej publikacji. Oto w połowie marca agencje PR w USA wysłały komunikat z informacją, że „czołowi naukowcy podważają oceny Foundation of Climate Change, ujawniając błędy w pomiarach wzrostu temperatury oceanów”. Kluczowy argument sensacyjnie brzmiącego artykułu to stwierdzenie, że obecna flota 4 tys. czujników rozmieszczonych na morzach i oceanach jest niewystarczająca dla dokonania wiarygodnych pomiarów. Innymi słowy, pomiary są niemożliwe, więc wszelkie twierdzenia w tej sprawie są fałszywe.
Szefem podpisanego pod tekstem zespołu jest... klarnecista (tyle że powiązany z szacownym Massachusetts Institute of Technology), a w jego skład wchodzą też: specjalistka ds. marketingu, astrofizyk, który dekadę temu otrzymał od branży naftowej milion dolarów (którego nie wykazał w oficjalnej dokumentacji finansowej) na przekonywanie do negowania zmian klimatu, klimatyczny negacjonista, którego pozbyła się jeszcze pierwsza administracja Donalda Trumpa (za wybieganie przed szereg z daleko idącymi deklaracjami dotyczącymi zmian klimatu). Ach, i jeszcze uczeń z Marblehead High School w Massachusetts.
Problem nie tylko w tym, że znalazł się periodyk, który to dzieło opublikował. Problem też w tym, że wrzutki z linkami do artykułu zostały w mediach wielokrotnie udostępnione czy podane dalej – w ilościach idących w dziesiątki tysięcy. I może też w postawie naukowców. – To absolutny nonsens. Przecież nie będę marnował czasu [na to, by z tekstem polemizować] – odpisał jeden z klimatologów na pytania redakcji „Bulletin of the Atomic Scientists” o dzieło „czołowych naukowców”.
Sponsorzy negacjonizmu
Dlatego nie jest to ani szczególnie trudne, ani wyjątkowo kosztowne, by z przesłaniem negacjonistów docierać do całych społeczeństw. – Częścią mentalności tych kolesi jest prezentowanie się w roli ofiar [elit lub „mainstreamu” – red.] – opowiadała o czołowych negacjonistach Naomi Oreskes, specjalistka w zakresie historii nauki z Harvardu na łamach „The Guardian”. – Oczywiście, to kompletna niedorzeczność, bo wielu z nich jest afiliowanych przy bardzo potężnych grupach biznesowych, a ich ośrodki są finansowane przez spółki z listy Fortune 500 – dodawała.
Cóż, Heartland Institute ma wśród swoich donatorów Shella, ExxonMobil czy ultrakonserwatywny klan Mercerów, który finansuje rozmaite przedsięwzięcia związane z Partią Republikańską. Wśród sponsorów założonego przez wspomnianego Alexa Epsteina były m.in. Kentucky Coal Association czy Alliance Coal, a autor moralnych argumentów za rozwijaniem branży surowców kopalnych wielokrotnie dorabiał jako konsultant tejże branży. Nafciarze zakładali już w latach 80. organizacje takie jak George C. Marshall Institute czy – uwaga! – Global Climate Coalition, by za ich pośrednictwem mitygować czy całkowicie ukręcać łeb proklimatycznym inicjatywom. W pierwszej dekadzie tego wieku funkcjonowało ponad 90 organizacji tego typu, które cieszyły się donacjami sięgającymi łącznie 900 mln dol.. W 2013 r. tylko jedna sieć powiązanych wzajemnie instytucji, organizacji i grup liczyła 64 jednostki. Negacjonizm z obrony jednej czy kilku branż sam stał się dzisiaj całkiem dobrze prosperującą branżą.