12 proc. – w takim tempie będzie się kurczyć światowa gospodarka wraz ze wzrostem temperatur na Ziemi o 1 stopień Celsjusza. Do takich wniosków doszli eksperci nowojorskiego think tanku National Bureau of Economic Research (NBER). „Zmiany klimatu często opisuje się jako jedno z kluczowych wyzwań gospodarczych naszych czasów” – piszą autorzy liczącego przeszło sto stron opracowania „The Macroeconomic Impact Of Climate Change: Global vs. Local Temperature”. – „Taki pogląd kontrastował jednak dotąd z empirycznymi szacunkami wpływu zmian klimatu na aktywność gospodarczą: zakładano, że stały wzrost temperatury o 1 st. C przyczynia się do redukcji gospodarki o 1-3 proc. (…) Efekt ten wydawał się umiarkowany” – dodają.

Ważna jest lokalność: wzrost temperatury o 1 stopień globalnie może oznaczać mniejszy cios w gospodarkę w jednym miejscu i kilkukrotnie większy w innym. W rezultacie redukcja aktywności gospodarczej w niektórych regionach może sięgać 20 proc., co sprowadza się do wspomnianego na wstępie 12-procentowego wskaźnika dla świata.

– Wciąż możemy doświadczać tu i ówdzie wzrostu gospodarczego, ale do końca tego stulecia ludzkość może być o 50 proc. biedniejsza niż w scenariuszu bez zmian klimatycznych – podsumowywał jeden ze współautorów raportu, Adrien Bilal, francuski ekonomista związany z Uniwersytetem Harvarda. To scenariusz, który został w raporcie ujęty – jeśli sprawdzą się prognozy klimatologów, że temperatura na świecie wzrośnie o 3 st. C, oznaczałoby to spadki sięgające ok. połowy dzisiejszej produkcji, konsumpcji czy kapitału na rynkach.

Wpływ klimatu na PKB. „Fikcyjny świat”

Można by powiedzieć, że opracowanie autorstwa NBER jest odpowiedzią na raport think tanku Carbon Tracker Initiative oraz badaczy z University of Exeter sprzed kilku miesięcy, zatytułowany „Recalibrating Climate Risk”. Jego autorzy napisali: – „Ekonomiści stworzyli magiczną gospodarkę, w której 3 proc. corocznego wzrostu PKB pojawia się w przyszłości bez końca, bez względu na wielkość strat, jakie przyniosą zmiany klimatyczne. I dopiero od tego tortu, fikcyjnego świata bez zmian klimatycznych, odcina się zakładane 20 proc. na poczet konsekwencji zmian klimatu. W żadnym momencie modele ekonomiczne nie uwzględniają możliwości strukturalnego spadku wielkości gospodarki” – kwitował Mark Campanale, szef Carbon Tracker Initiative.

Czytaj więcej

Nadchodzi „Super El Niño”. Eksperci: W Europie możliwe rekordowe upały

A ten nieuchronnie nadciąga: nie chodzi przecież tylko o zmianę wartości na termometrach, ale o zmianę charakteru, degradację, czy wręcz upadek części ekosystemów na świecie. Zjawiska stanowiące konsekwencję zmian klimatu, będą się nakładać na siebie, a także wzajemnie potęgować, odciskając piętno na rynkach w obrębie państw czy regionów.

Wskaźnik PKB jest w dotychczasowym ujęciu daną mocno oderwaną od lokalnych realiów, ale też od otoczenia gospodarki – wskaźników śmiertelności, zachorowalności, nierówności społecznych, zaburzeń społecznych. Do tych sfer odwołują się zresztą także eksperci z amerykańskiego think tanku NBER, którzy przypominają, że przy tworzeniu wyliczeń dotyczących „społecznych kosztów paliw kopalnych” (czyli wykorzystania tych surowców w gospodarce) szacowano je na 51 do 190 dol. na tonę metryczną wyemitowanych gazów cieplarnianych, podczas gdy rzeczywiste koszty mogą być większe.

Są jeszcze czynniki tak trudne do uchwycenia jak ryzyko, czy też jego percepcja wśród kluczowych dla gospodarki graczy, np. inwestorów. – Klimatolodzy, z którymi rozmawialiśmy w trakcie prac nad raportem, byli jednoznaczni: obecne modele gospodarcze nie obejmują tego, co liczy się najbardziej – kaskady błędów i piętrzących się szoków, które definiują ryzyko w cieplejszym świecie i mogą podminować fundamenty wzrostu gospodarczego – podsumowywał dr Jesse Abrams z University of Exeter, współautor brytyjskiego opracowania.

Według niego nadchodzi wstrząs podobny do tego z 2008 r., tyle że planety nie da się wykupić w taki sposób, jak wówczas uczyniono z sektorem bankowym.

USA: Kraj, który traci najwięcej na zmianach klimatu 

Brytyjczycy nieco się mylą w swojej ocenie: pojawiały się już wcześniej ostrzeżenia przed szybkim spadkiem PKB wskutek zmian klimatu, również sięgającym połowy tego wskaźnika. Różnica między nimi a opracowaniem NBER sprowadza się do tego, że amerykański ośrodek zagłębił się w poszczególne rynki, szukając współzależności i wskazując ich finalnie więcej niż to bywało dotychczas. Jest to dziś o tyle łatwiejsze, że przybywa też podsuwających tropy szczegółowych analiz dotyczących poszczególnych branż czy krajów.

Czytaj więcej

Afrykański pył z Sahary dusi Europę. „Kalima nie uznaje granic”

Oczywiście, tym, że ich przybywa, nikt z dzisiejszych decydentów się nie przejmuje. Poziom emisji gazów cieplarnianych konsekwentnie rośnie – z wyjątkiem globalnego spadku aktywności podczas apogeum epidemii Covid-19 (w 2020 r.) poziom emisji rośnie: w 2022 r. sięgał 36,72 mld ton, w 2023 r. – 37,26 mld ton, w 2024 r. – 37,78 mld ton, a w 2025 r. dobije 38,11 mld ton metrycznych. Wiąże się to także z przekonaniem, że nie warto ograniczać emisji, bo przyniesie to gospodarce obciążenia i koszty, które będą ją podcinać. Bilans korzyści i strat miałby w tym ujęciu być nadal pozytywny dla emitenta.

Paradoksalnie, przeczą temu dane opracowywane przez ekonomistów. Te, które dotyczą największego emitenta planety – Stanów Zjednoczonych – przyjrzeli się badacze z szacownego Stanford University. – O tej części zagadnienia, która wiąże się ze stratami i zniszczeniami nie lubimy mówić – zauważał w rozmowie z BBC Science Focus szef zespołu ze Stanforda, klimatolog Marshall Burke. – Wspólnota międzynarodowa od lat mówi o stratach z tego tytułu, ale nieodmiennie opiera się próbom formalnego ich oszacowania lub sprowadza takie wyliczenia do tego czy owego kraju – dodawał.

Zespół Burke'a swoje wyliczenia oparł na innym schemacie. Według niego w latach 1990-2020 Stany Zjednoczone przyczyniły się do wyemitowania takiej ilości gazów cieplarnianych, która przekładała się na globalne straty rzędu 10,2 biliona dol. Ale uwaga: USA były też największym poszkodowanym wskutek zmian klimatycznych i to na znacznie większą skalę – straty poniesione przez amerykańską gospodarkę za sprawą zmiany warunków na planecie w tym samym okresie stanfordczycy wycenili na 16,2 biliona dol. – Amerykańska gospodarka jest relatywnie większa niż jej udział w globalnych emisjach. Spowodowała wiele szkód, ale poniosła ich znacznie więcej – tłumaczył Burke.

Można to też przekładać na inne reguły: choć część branż zyskuje (lub nie traci) dzięki nieskrępowanym emisjom, to gospodarka jako całość nieuchronnie traci. Albo: im bardziej rozwinięta i kwitnąca gospodarka, tym bardziej rośnie skala strat wynikających m.in. z ekstremalnych zjawisk pogodowych czy stopniowej degradacji ekosystemów i tym szybciej skala strat przerasta potencjalne korzyści z emitowania. Dlatego Europa – trzeci największy emitent świata po Chinach – jest druga pod względem wartości strat, podczas gdy Chiny – trzecie. Nie zapominajmy przy tym, że np. amerykańskie emisje nie przynoszą szkód wyłącznie na terytorium USA. Stanfordczycy szacują, że w Europie mogłyby się one przekładać na szkody o wartości 1,4 bln dol., w Indiach – na 500 mld dol., w Brazylii – 330 mld dol. Analogicznie z emisjami chińskimi czy europejskimi.

Jak odchodzić od paliw kopalnych?

Wieloaspektowych analiz przybywa, co oznacza, że prognozy ekonomiczne i programy gospodarcze czekać może rekalkulacja. Uderzającym przykładem może być raport przedstawiony w połowie marca przez brytyjską The Climate Change Committee (CCC), instytucję doradzającą rządowi w Londynie w zakresie polityki klimatycznej. Powstał on w kontekście trwającej już niemal dwóch tygodni operacji izraelsko-amerykańskiej w Iranie, choć bezpośrednio odwołuje się on do kryzysu energetycznego z 2022 r., czyli pierwszej fazy rosyjskiej agresji na Ukrainę, i dotyczy szoków paliwowych na rynkach energetycznych.

Wnioski CCC z ówczesnego przebiegu wydarzeń są jasne: „całkowity dodatkowy koszt pojedynczego skoku cen paliw kopalnych o magnitudzie takiej jak w 2022 roku, jest równy wszystkim dodatkowym corocznym kosztom wynikającym z realizacji polityki Net Zero do 2050 r.”. „We wszystkich scenariuszach osiągnięcie zeroemisyjności jest opcją bardziej efektywną kosztowo dla brytyjskiej gospodarki niż podtrzymywanie zależności od paliw kopalnych, przy podtrzymaniu korzyści dla społeczeństwa” – czytamy na stronie CCC.

„Magnituda” jest dziś porównywalna do 2022 r.: ceny, np. ropy naftowej, oscylują wokół tych samych poziomów. Łagodzący efekt zawieszenia broni między USA a Iranem może szybko minąć. Problem w tym, że o ile w 2022 r. Bliski Wschód stał się jednym z regionów o kluczowej roli dla dywersyfikacji dostaw kopalin i pozwolił złagodzić turbulencje po zerwaniu dostaw surowców rosyjskich, o tyle dziś scenariusz wyłączenia Cieśniny Ormuz jeszcze bardziej ogranicza dostępne opcje. A jak obwieścił na antenie stacji BBC szef największego funduszu inwestycyjnego świata, BlackRock – Larry Fink – cena ropy na pułapie 150 dol. za baryłkę wywoła globalną recesję. Trudno o lepszy argument dla polityki odchodzenia od paliw kopalnych.