Emisje planety mogą przekładać się na globalny wzrost temperatur o 0,6 stopnia Celsjusza i o jedną czwartą skrócić czas, w którym ten wzrost przebije próg 1,5 st. C wyznaczany w dokumentach międzynarodowych czy absolutnie krytyczny próg 2 stopni – do takich wniosków doszła grupa autorów artykułu „Projected amplification of global warming-induced greenhouse gas emissions”, opublikowanego na stronach portalu ESS Open Archive.
Badacze – związani m.in. z kalifornijskim Uniwersytetem Stanford, Woodwell Climate Research Center czy Environmental Defense Fund – ostrzegają, że w dotychczas formułowanych prognozach zmian klimatu emisje te były dotychczas niedoszacowane. – Jeśli nie uwzględnia się wszystkich trafiających do atmosfery emisji, już na wstępie formułuje się błędne wnioski – kwitował współautor analizy i ekspert EDF, Brian Buma, w rozmowie z portalem uniwersytetu Yale. – Uczeni uświadamiają sobie, że im dłużej nie będziemy brać tych naturalnych emisji pod uwagę, tym większy będzie rozziew między analizami a stanem faktycznym – dodawał.
Największe źródła emisji Ziemi
Pewne znaczenie może mieć fakt, że klimatyczni negacjoniści chętnie używali tego argumentu: emisje są naturalnym procesem, któremu od tysiącleci podlega cała planeta. Być może naukowcy zatem woleli nie podsuwać swoim adwersarzom argumentów, które dałoby się wbudować w tok argumentacji zmierzający do konkluzji, że człowiek ani nie odpowiada za zmiany klimatu, ani nie jest w stanie nic z nimi zrobić.
Czytaj więcej
Grupa Banku Światowego modyfikuje swoje podejście do działań klimatycznych – instytucja odchodzi od sztywno założonych celów procentowych określają...
Problem w tym, że jest wręcz przeciwnie. Największe źródła owych „naturalnych” emisji to pożary lasów i obszarów zielonych, obszary podmokłe oraz topniejąca wieczna zmarzlina.
Wszystkie te czynniki nabrały znaczenia dopiero w ciągu ostatnich kilku dekad – np. pożary lasów zintensyfikowały się o 60 proc. od 2001 roku. Rozmarzanie pokrywy lodowej czy wiecznej zmarzliny – na biegunach, jak i np. na Syberii – uruchomiło proces uwalniania się olbrzymich ilości metanu z materii organicznej, która dotąd była pod lodem.
Identyczny proces zachodzi w tych miejscach, które dotychczas były suche, ale z powodu podnoszenia się poziomu mórz i oceanów albo ze względu na regularne zalewanie, stały się terenami podmokłymi – rosnące w takich miejscach rośliny zaczynają gnić.
Innymi słowy, scenariusz, przed którym przestrzegali od lat naukowcy – w którym emisje cywilizacji ludzkiej uruchamiają w przyrodzie procesy skutkujące powstaniem kolejnych źródeł emisji, tym razem jednak pozostających poza jakąkolwiek kontrolą człowieka – zaczyna się realizować w przyspieszającym tempie. Tyle że jedynie śladowo pojawia się w najważniejszych opracowaniach – amerykańscy badacze wytykają m.in., że IPCC (Intergovernmental Panel on Climate Change) w swoim ostatnim podsumowaniu sytuacji na świecie pod względem zmian klimatu skorzystał z jedenastu modeli szacowania skutków zjawiska – i zaledwie w pięciu z nich uwzględniono emisje z pożarów, a w dwóch – znikanie wiecznej zmarzliny.
Naturalne emisje Ziemi: kluczowy czynnik
Analiz nie ułatwia utrudniony dostęp do wielu miejsc, w których zachodzą wspomniane procesy. Badacze mogą w jakiejś mierze oszacować zmiany ilości gazów cieplarnianych w atmosferze, ale nie mają dostępu do wielu miejsc, np. w Afryce czy Azji, m.in. do Syberii.
Czytaj więcej
Oceany ponoszą konsekwencje zmian klimatycznych w nieproporcjonalnej skali – uznali uczestnicy londyńskiego szczytu klimatycznego w zeszłym tygodni...
Do tych niewiadomych należałoby dodać kolejne. Oceany i morza były dotychczas największymi „pochłaniaczami” CO2 z atmosfery – wchłonęły dotąd 90 proc. wyemitowanych na Ziemi gazów. Ale ich możliwości pod tym względem gwałtownie się kurczą wraz ze wzrostem temperatury wody oraz znikaniem pokrywy lodowej na biegunach.
Mało tego, administracja Donalda Trumpa podjęła też decyzję o likwidacji programów związanych z badaniami oceanów, co przełoży się na jeszcze większe trudności z oceną skali zjawiska. Z kolei zjawisko El Niño – w tym roku mające wystąpić na wyjątkowo dużą skalę – przyczynia się do zmniejszenia możliwości pochłaniania gazów cieplarnianych przez lasy, m.in. w Amazonii.
Proces amplifikacji emisji planety można oczywiście powstrzymać lub znacząco spowolnić – gdyby emisje cywilizacji zostały niemal natychmiastowo zredukowane, to wzrost emisji „z przyrody” przyczyniłby się do wzrostu temperatur na poziomie od 0 do 0,4 st. C.
Ale w znacznie bardziej prawdopodobnym scenariuszu, w którym emisje będą rosnąć do około 2060 r. i dopiero wówczas zaczną spadać, wzrost temperatury na świecie wywołany tylko czynnikami „naturalnymi” będzie sięgać od 0,2 do 0,6 st. C. W 2100 r. emisje Ziemi będą dorównywać emisjom sektorów energetycznego i budowlanego łącznie – czyli w przybliżeniu połowie wszystkich emisji ludzkości.