Nic dziwnego, cykl życia w branży „szybkiej mody” jest dziś zaiste błyskawiczny: 85 proc. ubrań zostaje wyrzuconych w ciągu roku od zakupu. W 2024 r. tonaż odpadów tekstylnych sięgnął poziomu 120 mln t, a rynek dopiero się rozpędza: według prognoz w 2030 r. wyrzucimy 150 mln t rozmaitych tkanin – od odzieży, po ręczniki, wykładziny czy dywany. Z tej góry odpadów 80 proc. wyląduje w piecach lub na wysypiskach, 12 proc. trafi do ponownego użytku, a recyklingowi poddany zostanie zaledwie 1 proc.

A jednocześnie z tego bałaganu niewiele mamy w gruncie rzeczy pożytku. Branża – ze względu na swój „szybki” sukces – jest wyjątkowo emisjogenna: odpowiada za około 10 proc. globalnych emisji, a na dodatek pochłania wodę jak, nomen omen, gąbka. I jeszcze sieje mikrowłóknami po całym świecie. Tylko poprzez proces prania tkanin do mniejszych i większych akwenów wodnych trafia 500 tys. ton takich mikroskopijnych włókienek co roku, co eksperci przekładają na 50 mld plastikowych butelek.

Oczywiście, można zawsze skryć się za argumentem, że to i tak niewiele w porównaniu z globalną energetyką opartą na kopalinach czy budownictwa, które nie jest w stanie oderwać się od cementu. Problem jednak w tym, że w porównaniu z prądem w gniazdku i dachem nad głową olbrzymia część naszych ubraniowych zakupów ma charakter impulsowy, wynika z przelotnych zachcianek, a na końcu krótkiej przygody z konsumentem znoszony (a coraz częściej nawet nie) zakup zalega w szafie, a potem w śmieciach. Gra mogłaby się toczyć między producentami a konsumentami – w końcu to ich decyzje i pieniądze – ale realia są takie, że pośrednie koszty „szybkiej mody” i jej równie szybkiej konsumpcji spadają na wszystkich.

Dwa lata czekania i debat

Można powiedzieć, że i tak Bruksela ocknęła się stosunkowo późno. Poprawki do stosownej dyrektywy ramowej o odpadach zostały przyjęte dopiero we wrześniu ubiegłego roku, zobowiązując producentów – czy w zasadzie „wprowadzających” tekstylia na europejski rynek – do sfinansowania zbiórki, sortowania i recyklingu „branżowych” odpadów. Państwa członkowskie dostały 30 miesięcy na stworzenie krajowych systemów tekstylnej rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP).

Polska chce w pełni wykorzystać dozwolony okres bez tekstylnego ROP. – Mamy obowiązek przygotowania zmian legislacyjnych do połowy czerwca 2027 r., ale system musi zostać ustanowiony do kwietnia 2028 r. Mamy zatem trochę czasu. Obecnie jesteśmy w fazie koncepcyjnej, w której określimy, w jaki sposób ten ROP ma być skonstruowany – zapewniała wiceminister klimatu i środowiska Anita Sowińska, jasno dając do zrozumienia, że nasi rodzimi wprowadzający dostaną tyle czasu, ile się tylko da.

Jeden z filarów docelowego systemu już istnieje – obowiązek selektywnej zbiórki odpadów tekstylnych funkcjonuje od początku ubiegłego roku (a już konieczność dostarczenia takich odpadów do PSZOK wywołała gniewne komentarze). Pytanie brzmi jednak, czy w ciągu dwóch najbliższych lat wprowadzający zdążą uruchomić kolejne filary „tekstylnego ROP”: ekoprojektowanie, Cyfrowy Paszport Produktu (z informacjami o składzie, trwałości, potencjalnej naprawie i recyklingu), pozwalający śledzić losy danego produktu, a na dodatek wchodzący w życie już w 2027 r., czy wreszcie machinę pozwalającą recyklingować odpady tego typu.

Bez konkretnego planu

Świadomość nadchodzących zmian, które będą miały raczej charakter rewolucyjny niż ewolucyjny, jest – eufemistycznie ujmując – ograniczona. Z przygotowanego przez Keralla Research na zlecenie RLG w Polsce raportu „Co dalej z górami ubrań? Część II: ROP i DPP oczami producentów” wynika przede wszystkim, że branża przypatruje się nadchodzącym zmianom ze stoickim spokojem. „55 proc. firm deklaruje ogólną orientację w założeniach ROP, 34 proc. zna szczegóły i ich konsekwencje dla działalności, 8 proc. producentów przyznaje, że w ogóle nie interesuje się tematem” – konkludują autorzy badania.

Nie jest zaskoczeniem, że najlepiej wydają się być przygotowane duże firmy: część największych od pewnego czasu mierzy się z raportowaniem ESG, inwestorzy patrzą na ręce, odpowiedzialność za produkt – choćby na deklaratywnym poziomie – jest częścią PR adresowanego do „świadomego” konsumenta. Ale z odpowiedzi na pytania o plan wdrożeniowy przygotowujący do nadchodzących zmian wynika, że nieco mniej niż jedna trzecia firm (31,5 proc.) ma jakiś gotowy plan. 50,5 proc. zdaje się „czynić pewne kroki”, a 18 proc. planu nie ma w ogóle. Uzasadnianie tego stanu rzeczy oczekiwaniem na konkretne przepisy wydaje się tu być chybione – jeśli nawet ich zarys pojawi się w tym roku, jak podkreślała minister Sowińska, to trzeba wiedzieć, co i kiedy da się zrobić, żeby móc dyskutować o tym, co można zrobić.

Jakieś wzorce działania, oczywiście, już istnieją. Co trzecia firma deklaruje, że „minimalizuje nadprodukcję” (co chyba należałoby jednak uznać za dosyć oczywistą strategię biznesową, bez większego związku z ROP), niewiele mniej (29,5 proc.) – poddaje recyklingowi niesprzedany towar. Połowa dużych firm (i 22 proc. małych) uruchomiła system odbioru produktów po sprzedaży, a 42,5 proc. zapewnia, że projektuje je w sposób ekologiczny, plus kolejne 35 proc. zamierza to wkrótce robić. Ekoprojektowanie to jednak najbardziej mglisty filar systemu – na jakich kryteriach będzie oparta ocena, czy produkt został zaprojektowany zgodnie z tą zasadą, dopiero się okaże. Na razie trwa powszechne porządkowanie informacji o ofercie, które będą potrzebne dla uzyskania Cyfrowego Paszportu Produktu.

Pod konsumencką presją

Przy całej tej ambiwalencji trzeba też zauważyć, że „wprowadzający” zwykle oceniają zaostrzenie polityki wobec odpadów tekstylnych pozytywnie – to zdanie 70,5 proc. ankietowanych firm. Owszem, wspominają tu o lepszej kontroli nad cyklem życia produktu (33 proc.) i optymalizacji kosztów (28 proc.), ale o zmniejszeniu wpływu na środowisko wspomina też 28 proc. respondentów badania.

Nie bez związku może tu być presja kupujących. Owszem, mamy fast fashion w pełnej krasie – liczba zakupów, również na chińskich platformach handlowych, nieustannie rośnie, ale nawet spadek wrażliwości Polaków na kwestie klimatyczne i wyraźny wzrost liczby negacjonistów (nie bez związku z politycznym dyskursem i burzliwymi sporami o niedogodności wynikające z systemu kaucyjnego) nie oznacza automatycznie obojętności na stosy tekstylnych odpadów. 83 proc. kupujących uznaje, że producenci powinni odpowiadać za los wyrzucanych ubrań. Może po części dzieje się tak za sprawą dyskomfortu starszego pokolenia związanego z wyrzucaniem całkiem przecież niezniszczonych wyrobów, może też z uwagi na to, że bluzka czy spodnie to jednak nie butelka po napoju. Tak czy inaczej, konsument patrzy producentom na ręce.

Być może dlatego wolą oni wskazywać na problemy związane z brakiem konkretnych przepisów czy ich propozycji, czy niedoborem kadr gotowych zmierzyć się z wyzwaniem. 28,9 proc. ankietowanych firm za barierę uznaje duże koszty dostosowania procesów – co w domyśle może być sygnałem dla konsumenta, że zmiany oznaczają wyższe ceny. Konkretną i rzeczywistą barierą jest niewielka liczba podmiotów, które mogłyby zajmować się w Polsce sortowaniem i recyklingiem odbieranych tekstyliów.

Nie są to jednak przeszkody nie do przeskoczenia, co więcej, dla wszystkich byłoby najlepiej, gdyby branży udało się je pokonać. Z danych PIOT – Związku Pracodawców Przemysłu Odzieżowego i Tekstylnego – wynika, że polski rynek odzieżowy jest wart około 66,9 mld zł, a krajowa produkcja wciąż odpowiada tu za 10 mld zł. Na branżę spadają kolejne plagi: chińska konkurencja, spadki zainteresowania klientów na zachodzie Europy, wzrosty kosztów, zawirowania w łańcuchach dostaw. Liczba firm – zwłaszcza tych mniejszych – które nie wytrzymują takich warunków rynkowych, może spadać o kilkaset rocznie (pół tysiąca w 2024 r.). Paradoksalnie nowe reguły i rosnąca ekologiczna świadomość konsumentów mogą się okazać dla nich kołem ratunkowym – każdy z nas musi coś na siebie założyć i wciąż większość z nas oczekuje, że ich ciuchy nie rozpadną się po kilku miesiącach i nie zbledną po pierwszym praniu.

OPINIA PARTNERA: RLG w Polsce, projekt ReDress

Andrzej Grzymała, wiceprezes i dyrektor zarządzający, RLG w Polsce, projekt ReDress

Andrzej Grzymała, wiceprezes i dyrektor zarządzający, RLG w Polsce, projekt ReDress

Rozszerzona odpowiedzialność producenta dla tekstyliów to już nie odległy temat regulacyjny, lecz kierunek, który realnie zmieni sposób działania firm tekstylnych i modowych. Obejmuje nie tylko raportowanie czy rozliczenia, ale cały model zarządzania produktem: od projektowania i wyboru surowców, po zbiórkę, ponowne użycie, recykling i zagospodarowanie tekstyliów po zakończeniu użytkowania.

Z perspektywy RLG widzimy, że branża coraz częściej – obok „kiedy przepisy wejdą w życie?” – pyta, „jak przygotować firmę, dane i procesy, aby nie działać reaktywnie?”. W obszarze ROP przewagę zyskają organizacje, które wcześniej zrozumieją obowiązki, koszty i ryzyka systemu. Nie będzie to wyłącznie zadanie dla działów prawnych, środowiskowych czy compliance. ROP wpłynie na strategię, zakupy, projektowanie, logistykę, finanse i komunikację. 

Tekstylia są kategorią szczególnie wymagającą. Produkty różnią się składem, trwałością, jakością, sezonowością oraz potencjałem do ponownego użycia lub recyklingu. Dochodzą do tego złożone łańcuchy dostaw, import, e-commerce, presja cenowa i rosnące oczekiwania wobec deklaracji środowiskowych. Dlatego rozwiązań z innych sektorów nie można przenosić tu jeden do jednego, ale warto korzystać z tych bogatych doświadczeń.

Pierwszym krokiem powinna być rzetelna diagnoza. Firmy muszą wiedzieć, jakie produkty wprowadzają na rynek, z jakich materiałów są wykonane, w jakich wolumenach, jakie dane posiadają, gdzie są luki danych i które procesy wymagają zmiany. Bez tego trudno raportować, kalkulować koszty czy podejmować decyzje oparte na faktach.

Kluczowe będzie odejście od myślenia o tekstyliach wyłącznie jako o problemie odpadowym. Dobrze zaprojektowany system powinien wspierać ponowne użycie, naprawę, przygotowanie do recyklingu i recykling, a dopiero na końcu inne formy zagospodarowania. Wymaga to współpracy producentów, importerów, detalistów, operatorów zbiórki, sortowni, recyklerów i administracji. A równie pilną sprawą jest zabezpieczenie dostępności instalacji do przetwarzania odpadów tekstylnych. Zmiany legislacyjne obejmują całą UE, więc te przygotowania nie ograniczają się do Polski.

Dlatego tak duże znaczenie ma rozwijany przez RLG międzynarodowy projekt ReDress. Przygotowujemy się w nim docelowo do przejęcia odpowiedzialności za realizację obowiązków ROP w imieniu producentów, a zarazem zyskujemy praktyczny wgląd w to, jak różne rynki przygotowują się do wymagań, jakie rozwiązania są testowane i z jakimi wyzwaniami mierzą się firmy działające w kilku jurysdykcjach. RLG działa również na rzecz większej spójności rozwiązań na rynku unijnym. To ważne dla przedsiębiorstw działających ponadlokalnie. Im bardziej przewidywalne i porównywalne będą zasady, tym łatwiej firmom będzie planować procesy i koszty, zarządzać danymi i wdrażać procesy zgodne z ROP w Europie.

W RLG od lat wspieramy firmy w obszarze odpowiedzialności za produkty. To doświadczenie pokazuje, że skuteczny system ROP wymaga połączenia perspektywy regulacyjnej, operacyjnej, technologicznej, środowiskowej i finansowej. Same przepisy nie wystarczą, jeśli nie stoją za nimi dobre dane, jasne procesy, infrastruktura i realistyczny podział odpowiedzialności.

Dlatego najbliższe miesiące powinny być dla branży czasem intensywnych przygotowań, w tym rozmowy z regulatorem o rozwiązaniach pozwalających osiągnąć cel ROP: ograniczyć negatywny wpływ tekstyliów na środowisko i klimat oraz stworzyć system możliwy do wdrożenia przez biznes.