Zdaniem naukowców z Uniwersytetu Harvarda istnieje związek między zanieczyszczeniem powietrza a wzrostem śmiertelności z powodu koronawirusa – zwiększenie w powietrzu tylko o 1 mikrogram na metr sześcienny pyłu zawieszonego PM 2.5 wiąże się z 8-proc. wzrostem wskaźnika śmiertelności na Covid-19. Zgadza się Pan z tym?

To badanie opublikowane jeszcze przed wakacjami na bazie danych z USA. Jednak przegląd wielu badań na ten temat wskazuje, że nie możemy mówić aż o tak wielkim wpływie zanieczyszczeń na śmiertelność z powodu Covid-19. Reasumując: coś jest na rzeczy, ale dane nie są spójne i ja bym nie zgodził się z tak dramatyczną oceną. Możemy na pewno powiedzieć, że u osób, które żyją w zanieczyszczonej atmosferze, prawdopodobieństwo ciężkiego przebiegu Covid-19 i śmierci jest wyższe.

Dlaczego tak jest?

Dlatego, że przewlekłe oddychanie pyłem zawieszonym, tlenkami azotu czy ozonem wpływa na rozwój stanu zapalnego w obrębie górnych i dolnych dróg oddechowych. Zanieczyszczenia powietrza uszkadzają układ oddechowy, przez który koronawirus wnika do organizmu. Więcej: osoby mieszkające na terenie, gdzie jest ponadnormatywne stężenie zanieczyszczeń powietrza, szczególnie na południu Polski, w niektórych hrabstwach w USA, czy na północy Włoch, tam zwiększa się liczba chorób układu krążenia, np. nadciśnienia tętniczego, choroby wieńcowej, zwiększa się ryzyko udaru i zawału. A wiemy – patrząc na populację – że właśnie te choroby powodują cięższy przebieg Covid-19. Moim zdaniem obecność zanieczyszczeń powietrza zwiększa ryzyko względne śmierci z powodu Covid-19 o 1–2 proc. Ale potrzebne są dalsze badania, zindywidualizowane miejscem zamieszkania tych pacjentów. Np. czy mieszkają na Mazurach, czy w Krakowie, Rybniku. Nieprawdą jest, że w Warszawie każda osoba jest narażona na taki sam poziom zanieczyszczenia powietrza. A w pracy naukowców z Harvardu analizowano całe hrabstwa bez dokładnej oceny indywidualnego narażenia.

Tegoroczny sezon grzewczy niestety nałożył się z drugą, tragiczną w skutkach, falą epidemii. Smog pogłębi ten problem?

Trudno to przewidzieć – nie wiemy, jaka będzie temperatura, czy zima będzie ciężka, czy lekka, a ma to kolosalne znaczenie dla niskiej emisji wytwarzanej z blisko 4 mln domostw w Polsce. Do tego nie wiemy, jakie będą warunki meteorologiczne, a więc czy będzie wiało. Jeśli nie, będzie kumulacja, jaką mieliśmy w 2017 r., gdzie umarło dodatkowo 11 tys. osób więcej niż w latach poprzednich. Na to dopiero nałożymy Covid-19. Ryzyko względne śmierci wzrasta o 8 proc. wraz ze wzrostem o 10 ug/m sześc. pyłu zawieszonego. Trudno będzie ustalić, jaka część z tych osób zmarła z powodu Covid-19. Spróbujmy więc zmniejszyć ryzyko śmierci z powodów ogólnych, a prawdopodobnie też zmniejszy się ilość zgonów z powodu Covid-19. Trzeba pamiętać, że mikrocząstki pyłu wnikają do komórek immunokompetentnych, osłabiając układ immunologiczny – a to on walczy z groźnym wirusem.

Czyli walcząc z koronawirusem, nie możemy zapomnieć o równie ważnej walce z innym śmiertelnym zabójcą – zanieczyszczeniem powietrza. Jak się przed tym chronić?

W tym roku mamy taką sytuację, że ustawowo państwo mówi nam – zabezpieczmy się przed tym, czym oddychamy. Swoim pacjentom chorym na astmę, PoChp, mówiłem: jeśli poziom zanieczyszczeń będzie wysoki, proszę nosić maseczkę FFP2 lub FFP3. Teraz musimy wszyscy nosić maski, a ja dodaję – dobre, certyfikowane, które wyłapują cząsteczki zanieczyszczeń, a teraz dodatkowo zabezpieczają przed koronawirusem. Przeszkodzimy wirusowi wniknąć do naszego organizmu, a przy okazji zmniejszymy narażenie na zanieczyszczenia powietrza. Dlatego zalecam i apeluję – chorzy na astmę powinni nosić maski, by chronić siebie. Wielu pacjentów tego nie rozumie i domaga się od swoich lekarzy, by ich zwolnić z tego obowiązku. Badania naukowe mówią wprost, noszenie maseczek ochronnych przez chorych na astmę nie zwiększa ilości objawów i nie powoduje objawów niewydolności oddechowej u 95 proc. pacjentów. Jeśli chory ma astmę ciężką (to te 5 proc.), to powinien zostać w domu.

Czy przeprowadzając wywiad lekarski z pacjentem, pyta Pan, w jaki sposób ogrzewa swój dom lub mieszkanie?

Tak, często. Jeśli użytkuje stary piec i pali w nim „czym popadnie”, to skazuje swoich sąsiadów i siebie na zwiększone ryzyko infekcji, zaostrzenia astmy lub POCHP, zwiększając ryzyko zgonu u siebie i swoich najbliższych. Tak się tworzy niska emisja. To miliony kominów potencjalnych Kowalskich, którzy palą słabej jakości węglem lub drzewem. Taki sposób ogrzewania generuje od 500 do 800 mg zanieczyszczeń na każdy m sześc. dymu. Normalny piec węglowy piątej kategorii, do którego nie możemy wrzucić wszystkiego jak leci, to tylko 40 mg/m sześc., a piec gazowy daje znikomą ilość 0,008 mg/m sześc. Każda gmina ma teraz program wymiany pieców na te nowoczesne – warto to zrobić dla swojego zdrowia, a okazuje się, że także dla swojego życia. Zmiana ogrzewania poprawia nasze zdrowie od razu. W 2017 r. zgłosiło się do mnie bardzo wielu pacjentów po raz pierwszy w życiu z kaszlem i dusznościami z prośbą o wyjaśnienie, co się z nimi dzieje. Po zbadaniu i wykonaniu badania spirometrycznego w większości rozpoznawałem astmę lub POCHP, czyli choroby zależne od zanieczyszczeń powietrza. Ewidentnie to, czym oddychamy, wpływa, na jaką chorobę zachorujemy i jak długo będziemy żyli. Z przerażeniem przeczytałam o wynikach badań profesora Tima Nawrota, epidemiologa z brytyjskiego Hasselt University – zrobił on porównanie poziomów czarnego węgla, rakotwórczej substancji powstającej przy spalaniu paliw kopalnych – dzieci ze śląskiego Rybnika miały 425 proc. wyższe stężenie tej substancji w moczu niż dzieci ze Strasburga we Francji.

Jaka przyszłość czeka te dzieci?

Po prostu one będą częściej chorować. Są, podobnie jak ich rodzice, obarczone większym ryzykiem rozwoju chorób układu oddechowego i krążenia. Badania pokazują, że dzieci z rejonów zanieczyszczonych chorują od trzech do czterech razy częściej niż rówieśnicy, którzy nie oddychają smogiem.

rozmawiała Izabela Kacprzak