Przez ostatnią dekadę António Guterres stał się twarzą globalnej kampanii na rzecz hamowania zmian klimatycznych. Ale miał też pecha: jego poprzednik, Ban Ki-moon, zdołał doprowadzić do finału Porozumienie paryskie w 2015 r., za czasów Guterresa determinacja świata w walce ze zmianami klimatu systematycznie malała.

I choć obecny sekretarz generalny ONZ nie szczędzi połajanek albo bardzo mocnych ostrzeżeń przed nadchodzącym kryzysem klimatycznym, to im mocniejszych słów używa, tym mniejszy wydają się mieć efekt. A już niedawne wystąpienia Donalda Trumpa, podczas których nazywał on politykę klimatyczną i dyskurs na ten temat m.in. „przekrętem stulecia”, wydają się być otwartym rzuceniem wyzwania władzom Organizacji.

Kandydaci na sekretarza generalnego ONZ. Kto po António Guterresie?

Wraz z końcem 2026 r. swoją misję kończy António Guterres. Zgodnie z niepisanymi zasadami Narodów Zjednoczonych „pałeczkę” powinien przejąć kandydat reprezentujący Amerykę Południową (obecny sekretarz reprezentuje Europę, jest byłym premierem Portugalii). I przede wszystkim z tego regionu wywodzą się kandydaci na następnego sekretarza generalnego ONZ. Co więcej, przeważają kobiety. - Myślę, że czas już na kobietę. Pierwszy raz w ciągu 80 lat istnienia ONZ - podsumowała jedna z nich, Maria Fernanda Espinosa Garces.

Czytaj więcej

Otwierają się „wrota do piekieł". Naukowcy odkrywają tajemnice sprzed 650 tys. lat

Garces jest kandydatką, która wydaje się być niemal pewną kontynuatorką dotychczasowej polityki: była szefowa dyplomacji Ekwadoru, była szefowa resortu obrony, lingwistka i poetka, a przy okazji aktywistka - zwłaszcza na rzecz ratowania bioróżnorodności oraz poprawy sytuacji rdzennej ludności w Ekwadorze - zanim trafiła do systemu instytucji ONZ, była też m.in. szefową zespołu negocjatorów Ekwadoru podczas rozmów klimatycznych w Kopenhadze i Paryżu oraz regionalnym dyrektorem International Union for the Conservation of Nature. - Przeszliśmy długą drogę i wiele osiągnęliśmy, ale musimy stawić czoła nowym dowodom i nowym zagrożeniom - przypomniał portal Carbon Brief jej słowa z oświadczenia wydanego przez COP24 w Katowicach. - Obecny kryzys klimatyczny daje nam szansę pokazania światu, że efektywny i zorientowany na wyniki multilateralizm nie jest opcją lecz koniecznością - kwitowała. Zdarzyło się jej też krytycznie komentować tradycyjną politykę energetyczną oraz wydobywanie krytycznych minerałów - jako „nierówno dystrybuowanych i rozwijanych na złamanie karku”.

Nie po drodze jej z polityką, którą realizuje dzisiaj Waszyngton. Podobnie zresztą, jak w przypadku innej kandydatki: Michelle Bachelet, lewicowej polityczki i więźniarki z czasów chilijskiej junty, a potem m.in. byłej prezydent Chile (dwukrotnie) i wysokiej komisarz ONZ ds. praw człowieka. Jej kandydaturę zgłosiły Brazylia i Meksyk, dwa kraje, którym nie po drodze z polityką Białego Domu.

Bachelet słynie z twardych i jednoznacznych oświadczeń, typu „nie ma miejsca na zaprzeczanie zmianom klimatu”. W swoim czasie Bachelet przyspieszyła rozwój rynku OZE w Chile, zwiększyła zasięg obszarów chronionych, przeforsowała kontynentalny podatek węglowy. W USA jest tym bardziej źle widziana, gdyż opowiada się za stosunkowo łatwym dostępem do aborcji.

Kandydaci bardziej przychylni Waszyngtonowi

Kandydatura Michelle Bachelet pierwotnie została zgłoszona także przez Chile. Tyle że wiosną tego roku, po wyborach prezydenckich, władzę w jej ojczyźnie przejął prawicowy gabinet prezydenta José Antonio Kasta, kolejnego sojusznika Donalda Trumpa w regionie. Rząd ten nazwał jej kandydaturę „błędem” i wycofał poparcie Chile dla Bachelet. Nie wpłynęło to, co prawda, na postawę Meksyku i Brazylii, ale jest też zapowiedzią, że batalia o tę kandydaturę może być szczególnie zażarta.

Czytaj więcej

Eksperci poprawiają modele zmian klimatycznych. Pominięto kluczowy czynnik

Tym bardziej że innych kandydatów do stanowiska szefa ONZ można uznać za nieco bardziej „elastycznych” od dwóch wspomnianych polityczek. Przykładem mogą być Rebeca Grynspan oraz Carolyn Rodrigues-Birkett. Pierwszej z nich trudno odmówić doświadczenia: Grynspan jest ekonomistką i byłą wiceprezydent Kostaryki, a także była sekretarz generalną UNCTAD, ONZ-owskiej Konferencji ds. Handlu i Rozwoju oraz negocjatorką (ona stoi m.in. za porozumieniem, dzięki któremu Rosja i Ukraina - pomimo toczonej wojny - eksportują zboże poprzez Morze Czarne). I zgodnie z tym modus operandi, Grynspan unika - przynajmniej publicznie - mocnych słów na temat polityki klimatycznej. Nie neguje, ale dodaje, że „technologie oferują nowe ścieżki rozwoju”, a „finansowanie jest kluczem do osiągnięcia naszych celów”.

Jej zapleczem jest kostarykański rząd - a dwie kolejne administracje tego kraju uchodzą za oczywistych zwolenników Donalda Trumpa i jego pomysłu na Amerykę Południową. Podobnie zresztą, jak władze Gujany, których przedstawicielem była i jest Carolyn Rodrigues-Birkett. Ta kandydatka wydaje się unikać tematu zmian klimatycznych, skupiając się na tematyce najbliższej jej sercu - sytuacji rdzennej ludności kontynentu (wywodzi się z jednej z takich społeczności), ich prawa do ziemi, do wyrażania zgody na eksploatację zasobów naturalnych oraz wsparcia dla takich upośledzonych grup. Można zakładać, że obie wspomniane kandydatki mogłyby liczyć na większą sympatię USA.

ONZ: Kandydaci spoza grona faworytów

Są też dwaj mężczyźni. Rafael Grossi od 2019 r. kieruje Międzynarodową Agencją Energii Atomowej (IAEA) i choćby z tego tytułu jest w świecie bardzo rozpoznawalny: renesans energetyki nuklearnej - począwszy od kryzysu energetycznego w 2021 r., przez wojnę w Ukrainie, po ostatni konflikt w Zatoce Perskiej - w zasadzie nieustannie nabiera tempa, a Grossi jest jego ambasadorem. O zmianach klimatycznych w zasadzie się nie wypowiada, co dawało mu dotychczas możliwość elastycznego lawirowania między tymi, którzy się nimi przejmują, a tymi, którym są one obojętne. W swoich oświadczeniach korzysta jedynie z frazy o „zrównoważonym rozwoju”.

Czytaj więcej

Bank Światowy zmienia strategię w sprawie klimatu. „Cel to maksymalizacja wwpływu”

Jest też Macky Sall - kandydat zgłoszony przez Burundi (formalnie przez Unię Afrykańską, której pracami kieruje obecnie ten kraj) i reprezentujący (teoretycznie) ten kontynent. Pomimo że jest on bardziej wyrazisty - często wspomina o wrażliwości rodzimego kontynentu na skutki zmian klimatu, nierówności w finansowaniu odporności klimatycznej itp. - to jego kandydatura wydaje się być najmniej pewna: ani nie jest to „kolejka” Afryki, jak już wspomnieliśmy, ani też Sall nie cieszy się jednoznacznym wsparciem swojego zaplecza. Przeciw jego kandydaturze protestuje choćby Rwanda, która uważa, że „przemycono” ją bez konsultacji z innymi krajami Afryki.

Formalnie kandydatury można zgłaszać do końca lipca, więc lista kandydatów nie jest jeszcze zamknięta. Proces zbierania poparcia, swoistej kampanii przed zgłoszeniem kandydatury, jest jednak na tyle skomplikowany, że prawdopodobnie nikt do opisanej wyżej stawki nie dołączy. Wyboru dokonają państwa mające przedstawicieli w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, w tym państwa spoza grona stałych członków, więc rywalizacja może być zażarta. Ale jej wynik przesądzi o tym, na ile dotychczasowa determinacja ONZ w forsowaniu globalnej polityki klimatycznej zostanie utrzymana. A to jedyna instytucja, która dziś wydaje się traktować ten problem poważnie.