Transformacja energetyczna w Polsce determinowana jest głównie poszukiwaniem alternatywy dla wysłużonych bloków węglowych. Te zaś miały być zastępowane jednostkami gazowymi. Impulsem do zmian miał być rynek mocy, który w założeniu powinien zachęcać firmy energetyczne do inwestycji w nowe moce wytwórcze, głównie gazowo-parowe. Tego typu jednostki będą powstawać, jednak nie pozwolą one całkowicie zastawić „luki węglowej", która pojawi się po 2030 r. Przyspieszająca polityka klimatyczna po wyeliminowaniu węgla będzie celowała w redukcję gazu. To z kolei obniża atrakcyjność inwestowania w to źródło na szerszą skalę. Ponadto, to kryzysy energetyczne i zależność od importu gazu ziemnego obniżają zwiększenie możliwości i skalę inwestycji. W co zatem inwestować? Docelowo po 2033 r. rolę węgla ma przejmować energetyka jądrowa. Jakie źródło do tego czasu może zastąpić wysłużone mniejsze bloki węglowe? Szansą jest lądowa energetyka wiatrowa. Czas budowy jest najkrótszy, a do 2030 r. może powstać nawet 20 GW mocy w wietrze.

Zbliża się flauta

Kluczowym dokumentem, który określa poziom mocy zainstalowanej i możliwości produkcyjnych, jest „Polityka energetyczna Polski do 2040 r.". Rząd przyjął dokument w lutym tego roku, a jego zapisy zmierzają w stronę stopniowego odchodzenia od węgla na rzecz gazu, OZE, a w dłuższej perspektywie – atomu. W dokumencie zapisano cel udziału energii odnawialnej w krajowym zużyciu energii brutto w elektroenergetyce, ciepłownictwie i transporcie na 2030 r. na poziomie minimum 23 proc. Udział OZE w produkcji energii elektrycznej miałby wynieść minimum 32 proc. w roku 2030. Patrząc na energetykę wiatrową, dokument dużą wagę przywiązuje do morskich farm wiatrowych. Do 2030 r. ma powstać do 5,9 GW, w tym źródle. Zaś na lądzie wiatr ma wrosnąć do 8–10 GW. Niezależnie od zapisów tego dokumentu znaczenie lądowej energetyki wiatrowej w Polsce stopniowo w ostatnich latach rośnie. Według danych operatora sieci przesyłowych – Polskich Sieci Elektroenergetycznych – na koniec września moc zainstalowana farm wiatrowych wyniosła 7110 MW. Tylko we wrześniu przybyło instalacji o łącznej mocy 41 MW. Dla porównania, moc zainstalowana w całym krajowym systemie elektroenergetycznym wynosi obecnie ok. 53 GW.

Od pięciu lat rząd i Urząd Regulacji Energetyki organizują aukcje OZE, które tworzą system wsparcia technologii odnawialnych. W przypadku Polski inwestycje wiatrowe przyspieszyły pomimo pandemii, co jednak należy rozumieć jako efekt niskiej bazy z lat poprzednich. System aukcyjny dedykowany jest dla projektów elektrowni wiatrowych, które pomyślnie zakończyły etap projektowy. Łącznie w ramach aukcji dla odnawialnych źródeł energii, przeprowadzonych dotąd w latach 2016–2020, sprzedano 209,2 TWh energii elektrycznej o całkowitej wartości 50,6 mld zł, a sumaryczna moc instalacji, które wygrały aukcje, wynosi 7666,9 MW. Większość, a więc 56 proc., mocy ze zwycięskich ofert związana jest z powstaniem nowych turbin wiatrowych na lądzie o łącznej mocy 4316,7 MW. Moc ta realizowana jest przez 213 instalacji (średnia moc instalacji to 20,3 MW). Zwycięskie oferty z turbin wiatrowych na lądzie dostarczyć mają łącznie 149,69 TWh energii (wyprodukowanej dotychczas i w przyszłości). Jest to 72 proc. całości energii zwycięskich ofert. Ta ilość energii przekłada się na 62 proc. wartości pieniężnej, czyli pomocy w ramach programu (tj. 31,4 mld zł z 50,7 mld zł). W 2020 r. rozstrzygnięto m.in. największą aukcję, która przełoży się na budowę kolejnych 0,9 GW w instalacjach wiatrowych na lądzie, które powstaną w najbliższych latach. System ten pozwolił na uruchomienie nowych instalacji i zachęcenie sektora OZE do inwestycji. Dlatego też Ministerstwo Klimatu i Środowiska zaproponowało wydłużenie systemu aukcyjnego do 2026 r. Sejm przyjął stosowaną nowelę ustawy OZE w sierpniu tego roku. Potencjał rozwoju lądowych farm wiatrowych powoli jednak dobiega końca. Widać to na przykładzie aukcji OZE w 2021 r. Dużą przewagę dla projektów OZE powyżej 1 MW odnotowały projekty fotowoltaiczne. Ich liczba była większa niż farm wiatrowych, czego można było się spodziewać w obliczu funkcjonującej wciąż ustawy odległościowej, która uniemożliwia rozwój nowych projektów wiatrowych na lądzie.

Wiatr wypełni „lukę węglową"?

Z opracowania URE wynika, że firmy energetyczne do 2034 r. planują oddać do eksploatacji łącznie ponad 14,2 GW nowych mocy wytwórczych, z czego najwięcej ma pochodzić z technologii offshore (4,8 GW, tj. 34 proc. wszystkich nowych mocy), gazu ziemnego (4,4 GW, tj. prawie 31 proc. nowych mocy) oraz fotowoltaiki (2,8 GW, 19 proc. nowych mocy). Jednocześnie w tym samym okresie wytwórcy planują wycofanie z eksploatacji jednostek o łącznej mocy 18,8 GW, opartych głównie na węglu kamiennym. A co z wiatrem na lądzie?

Od 2016 r. obowiązuje tzw. ustawa odległościowa, czyli ustawa o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych z zakresu prawa budowlanego. Zgodnie z jej treścią można stawiać nowe wiatraki, ale w odległości nie mniejszej niż dziesięciokrotność jej wysokości wraz z wirnikiem i łopatami (10H) od zabudowań mieszkalnych i mieszanych. W praktyce dotyczy to 99 proc. obszaru Polski. Pozwolenia na budowę dotyczące elektrowni wiatrowych, wydane przed dniem wejścia w życie ustawy, obowiązują i to one były zgłaszane do aukcji OZE. Portfel tych projektów powoli się kończy.

Według analizy przeprowadzonej w 2019 r. przez Instytut Energetyki Odnawialnej na zlecenie Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej całkowity potencjał ekonomiczny inwestycji w lądową energetykę wiatrową w Polsce wynosi 38 GW. Przy założeniu zniesienia przepisów ograniczających lokalizacje farm wiatrowych do 2030 r. w scenariuszu minimalnym potencjał rynkowy może sięgnąć 11 GW. W scenariuszu maksymalnym potencjał rynkowy może wynieść 22 GW.

Próby odblokowania

Pierwsze próby liberalizacji ustawy pojawiły się w 2020 r. Był już gotowy projekt. Jednak prac nad nim nie realizowano po zmianach w rządzie. W tym roku kolejny raz podjęto próbę. Projekt w podobnym brzmieniu jak rok wcześniej znów jednak trafił na kolejną rekonstrukcję w rządzie. Pilotującej nowele byłej już wiceminister rozwoju Annie Korneckiej udało się wpisać projekt do prac rządu. Głównym celem noweli jest „wykorzystanie krajowego potencjału krajowej lądowej energetyki wiatrowej i doprowadzenie do zwiększenia produkcji energii z OZE, zgodnie z celami wyznaczanymi, m.in. przez Politykę Energetyczną Państwa". Projekt nowych przepisów zakłada, że zasada 10H będzie utrzymana, jednak Miejscowy Plan Zagospodarowania Przestrzennego będzie mógł określać inną odległość od budynku mieszkalnego, biorąc pod uwagę zasięg oddziaływań elektrowni wiatrowej, ale też przy utrzymaniu bezwzględnej odległości minimalnej 500 metrów. Dodatkowo nowa elektrownia wiatrowa będzie mogła być lokowana wyłącznie na podstawie miejscowego planu. Obowiązek jego sporządzenia będzie jednak dotyczył obszaru prognozowanego oddziaływania turbiny. Będzie ona obowiązkowo uzgadniania z Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska.

Nie warto „kopać się z wiatrakami"

Z analizy przygotowanej w tym roku przez Polskie Stowarzyszenie Energetyki Wiatrowej i Instytut Jagielloński wynika, przy założeniu liberalizacji tej ustawy, że skumulowany przyrost PKB do 2030 r. (w zależności od budowy nowych mocy od 9 do 11 GW) może wynieść od 70 do 133 mld zł. Może to zapewnić od 51 do 97 tys. nowych miejsc pracy. Z punktu widzenia samorządów wpływy z tytułu podatku od nieruchomości mogą wynieść od 490 do 935 mln zł. Wzrosnąć może także udział polskich dostawców w krajowym łańcuchu dostaw. Obecnie udział dostawców komponentów i usług z Polski na rzecz lądowej energetyki wiatrowej został oszacowany na poziomie 55–60 proc., a może wzrosnąć do 75 proc. w ciągu dziesięciu lat. Dla porównania, obecny udział krajowego łańcucha dostaw wynosi 40 proc. Rosnący udział polskich firm na lądzie to szansa na jak największy udział polskich firm w morskiej energetyce wiatrowej. Ograniczenie inwestycji na skutek regulacji 10H spowodowało redukcję wykorzystania zdolności produkcyjnych dla krajowych projektów.

Co więcej, brak liberalizacji może oznaczać, że polskie półki energetyczne nie zrealizują zapisów swoich strategii, które są skorelowane ze strategią energetyczną. Bez zmian, Polska Grupa Energetyczna, czyli największa spółka elektroenergetyczna w kraju, może nie zrealizować części swojej strategii do 2030 r. Chodzi o ok. 1 GW nowych mocy w onshore. Spółka ma obecnie zamrożonych 150 MW w wietrze na lądzie. PGE wydaje rocznie ok. 1,88 mld euro na uprawnienia do emisji CO2, są to środki, które mogłyby być przekierowane na inwestycje spółki, w tym w zieloną energetykę.

Możliwość uelastycznienia przez gminy minimalnej odległości będzie jednak powiązana z dodatkowymi konsultacjami. Aby nie popełnić błędu sprzed lat, kiedy pojawiały się protesty i uwagi o braku należytej informacji ze strony inwestorów, w przepisach dot. lokowania farm ma zostać wprowadzony dodatkowy obowiązek dla gminy. Będzie ona musiała zorganizować dodatkowe konsultacje publiczne. Mają się one odbywać z udziałem zainteresowanych mieszkańców na temat MPZP. Projekt przewiduje wprowadzenie dodatkowych obowiązków dot. czynności technicznych realizowanych przez Urząd Dozoru Technicznego. Czy to przekona koalicję rządową? Czas biegnie.