Przemysł filmowy i telewizyjny nie jest przyjazny dla środowiska: generuje potężne ilości odpadów oraz emisji CO2. Według Los Angeles Times, większe produkcje filmowe mogą wiązać się z wygenerowaniem nawet 225 ton złomu, 50 ton gruzu i 72 tony odpadów spożywczych w trakcie ich tworzenia. Z kolei badanie przeprowadzone 15 lat temu przez naukowców z Uniwersytetu Kalifornijskiego wykazało, że rocznie branża ta jedynie w Stanach Zjednoczonych jest odpowiedzialna za 15 milionów ton emisji dwutlenku węgla rocznie. Szacuje się, że za ponad połowę tych emisji odpowiada transport.

Z biegiem lat i w miarę rozwoju świadomości środowiskowej społeczeństwa, również przemysł filmowy zaczął podejmować kroki w celu zredukowania negatywnego wpływu na klimat, np. poprzez zatrudnianie firm konsultingowych, które mają za zadanie wdrożyć bardziej zrównoważone praktyki. Na przykładzie tegorocznego festiwalu w Cannes widać jednak, że branża jest wciąż rozdarta, z jednej strony składając szereg deklaracji środowiskowych, których publiczność coraz bardziej oczekuje, z drugiej zaś – nie wkładając odpowiednio wiele wysiłku, żeby faktycznie ograniczyć szkodliwe skutki swojej działalności.

Organizatorzy trwającego od 6 do 17 lipca festiwalu zadeklarowali, że w tym roku szczególnie dołożą starań, żeby maksymalnie zatroszczyć się o środowisku, wykluczając z użycia plastikowe butelki, czy zastępując tradycyjny, czerwony dywan o połowę mniejszym, wykonanym z materiałów pochodzących z recyclingu. Każdy z uczestników ma też wpłacić 20 euro, a uzbierana kwota zostanie przeznaczona na rekompensatę węglową – to dziś chyba najpowszechniejszy sposób organizatorów wielkich wydarzeń na zagłuszanie środowiskowych wyrzutów sumienia, choć jak uważają niektórzy – wciąż zbyt mało przeanalizowany pod względem faktycznych korzyści. 

By jeszcze bardziej podkreślić swoje zaangażowanie w losy planety, organizatorzy po raz pierwszy przygotowali w tym roku osobną selekcje filmów poświęconych zmianom klimatycznym, w której znalazł się dramat Louisa Garrela „The Crusade” oraz sześć filmów dokumentalnych, poświęconych m.in. zanieczyszczeniom powietrza w stolicy Indii, Nowym Delhi, czy o problemach z jakimi w związku z ocieplającym się klimatem boryka się Niger.

Takie działania budziłyby może większą aprobatę, gdyby pojawiające się na znanym z przepychu festiwalu gwiazdy również sięgnęły po więcej niż symboliczne gesty. Jak przypomina agencja AFP, przykładem może być słynący w ze swoich wypowiedzi i działań w obronie klimatu Leonardo DiCaprio, któremu regularnie wypomina się, że do tej pory nie zrezygnował z podróży swoim luksusowym jachtem ani z regularnych lotów jednym ze swoich prywatnych odrzutowców (co zrobił w 2016 roku, by polecieć prosto z Cannes do Nowego Jorku i odebrać nagrodę za… działania na rzecz ochrony środowiska).

Czytaj też: 50% emisji z lotów to dzieło 1% ludzi. 90% nie lata wcale

Organizatorzy festiwalu w Cannes bronią się twierdząc, że jest to przedsięwzięcie, z którego trudno jest wyeliminować wszystkie szkodliwe dla środowiska aspekty naraz. DiCaprio pod wpływem krytyki coraz częściej przesiada się z własnego samolotu do linii komercyjnych. Może jednak w ramach działań dla ochrony klimatu warto byłoby przemyśleć zasadność organizacji imprez, które wymagają przylotu osób z różnych stron świata, a których cel jest w zasadzie czysto towarzyski. Czy w dobie kryzysu klimatycznego, generowanie potężnych emisji pochodzących z podróży tylko po to, żeby sfotografować znanych ludzi w drogich kreacjach na czerwonym dywanie, jest w ogóle etyczne?