Bardzo podobną narrację przyjął, niestety, gospodarz tegorocznego szczytu, prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew, który już w swoim przemówieniu otwierającym wydarzenie nazwał paliwa kopalne „darem od Boga”. Wspomniał też o hipokryzji krajów Zachodu, które wciąż kupują azerski gaz, jednocześnie nakłaniając Azerbejdżan do odejścia od jego wydobycia. Jak wskazują eksperci zrzeszeni w ramach projektu Climate Action Tracker, największym odbiorcą gazu kopalnego w Azerbejdżanie jest Unia Europejska. Podkreślają jednak, że cele klimatyczne kraju są „krytycznie niewystarczające”, a dodatkowo każdy kolejny jest słabszy od poprzedniego, choć według założeń porozumienia paryskiego powinno być wprost przeciwnie. Azerbejdżan planuje dalsze wydobycie paliw kopalnych, a jego emisje mogą rosnąć nawet o 20 proc. do końca dekady. Gospodarka kraju w ogromnym stopniu polega na ropie i gazie – zgodnie z danymi amerykańskiej Administracji Handlu Międzynarodowego w 2022 roku ich produkcja stanowiła niemal połowę PKB kraju i 92,5 proc. przychodów z eksportu.
Na fakt, że Azerbejdżan nie zamierza zmieniać swojej polityki w zakresie paliw kopalnych, wskazuje również wynik prowokacji organizacji pozarządowej Global Witness. Elnur Soltanow, urzędnik COP29 i jednocześnie wiceminister energii Azerbejdżanu, w rozmowie z przedstawicielami fikcyjnej spółki gazowo-naftowej zaproponował wsparcie rozmów z azerską spółką SOCAR na temat nowych umów dotyczących wydobycia paliw kopalnych. Podobne kontrowersje ujrzały światło dzienne w ubiegłym roku, gdy ta sama organizacja pozarządowa odkryła, że przewodniczący COP28, a zarazem szef Abu Dhabi National Oil Company, starał się pozyskać nowe kontrakty na paliwa kopalne o wartości 100 miliardów dolarów.
Niepokojąca w kontekście konieczności podjęcia istotnych decyzji oraz wyrażenia stanowczego stanowiska jest nieobecność przywódców wielu krajów. Na szczycie nie pojawią się prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden, prezydent Chin Xi Jinping, prezydent Francji Emmanuel Macron, przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, kanclerz Niemiec Olaf Scholz, premier Indii Narendra Modi, prezydent Rosji Władimir Putin, premier Holandii Dick Schoof oraz prezydent Brazylii Luiz Inácio Lula da Silva. Na przyjazd nie zdecydowała się w tym roku również szwedzka aktywistka klimatyczna Greta Thunberg, która w trakcie poniedziałkowego protestu w Tbilisi nazwała gospodarza tegorocznego szczytu „autorytarnym petropaństwem”, a wybór lokalizacji określiła jako „więcej niż absurdalny”.
Czy świat potrzebuje lidera do spraw klimatu?
Na szczyt dotarł natomiast sekretarz generalny ONZ António Guterres, który w swoim przemówieniu wygłoszonym przed wystąpieniem światowych przywódców na szczycie przypomniał, że bieżący rok najprawdopodobniej zostanie uznany za najgorętszy w historii. Ostrzegł również, że „dźwięk, który słyszymy, to tykający zegar”, a świat odlicza czas do ograniczenia wzrostu globalnej temperatury do 1,5°C.
O upływającym czasie na walkę z kryzysem klimatycznym przypomniał również Jim Skea, były przewodniczący Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC), który stwierdził, że zmiany klimatu „nie są już abstrakcyjnym zagrożeniem dla odległej przyszłości, rozwijają się na naszych oczach”, a szanse na osiągnięcie celu 1,5°C „wiszą na bardzo cienkiej nici”.
– Niedawny raport UNEP Gap Report wykazał, że globalne emisje musiałyby spadać o 7,5 proc. rocznie do 2035 roku, abyśmy powrócili do ścieżki 1,5°C. Jeśli opóźnimy ambitniejsze działania do 2030 roku, stanie się to bezprecedensowym 15 proc. rocznie. Nawet ograniczenie ocieplenia do 2°C jest zagrożone – ostrzegł ekspert.