„Pierwszy test klimatyczny Andy'ego Burnhama” – piszą o decyzji, która lada chwila ma zapaść w Londynie, brytyjskie media. Chodzi o zielone światło dla eksploatacji dwóch złóż – Rosebank i Jackdaw – zawierających spore, choć nie imponujące, pokłady ropy naftowej i odrobinę gazu. Nowy premier Zjednoczonego Królestwa, Andy Burnham, wcześniej chętnie demonstrował swoje poparcie dla polityki klimatycznej, ale teraz nabrał wody w usta.
Podobnie zachowuje się sekretarz ds. bezpieczeństwa energetycznego i zeroemisyjności w jego gabinecie, Miatta Fahnbulleh. „Żeby mieć szansę utrzymać wzrost temperatur poniżej 1,5 st. Celsjusza, nie możemy pozwolić sobie na nowe pola naftowe czy gazowe. To nieodpowiedzialne i krótkowzroczne, żeby finansować takie inwestycje w sytuacji, gdy zmierzamy ku zeroemisyjności” – przypomina tweet Fahnbulleh sprzed kilku lat brytyjski „The Guardian”. A to właśnie ona wraz z nowym premierem będą musieli podjąć decyzje w sprawie Rosebank i Jackdaw.
Ratowanie klimatu bez niszczenia gospodarki
Wszystko byłoby jasne, gdyby nie fakt, że w ostatnich tygodniach na Wyspach rozgorzała dyskusja na temat tego, czy zeroemisyjności nie należałoby odesłać do lamusa. Teoretycznie Wielka Brytania doświadcza najgorętszego lata w historii, temperatury powyżej 30 st. Celsjusza stają się zjawiskiem spotykanym równie często jak w Polsce, a stereotypowo widziana angielska pogoda – mgły, deszcze i umiarkowane letnie temperatury – przechodzi do historii.
Czytaj więcej
Jeszcze nigdy w historii pomiarów meteorologicznych średnia temperatura mórz i oceanów w lipcu nie była tak wysoka. Jednocześnie Europę Zachodnią i...
Przykładem jest debata tocząca się na łamach „The Daily Telegraph” – dziennika konserwatywnego, który pisząc o laburzystach najczęściej definiuje ich politykę (w rozmaitych obszarach) jako „szaleństwo”. „Nie musimy rozbijać gospodarki, żeby uratować planetę. Nie ma nic mądrego ani konserwatywnego w wydawaniu fortuny, żeby zmienić pogodę o jedną setną stopnia” – przekonuje tam David Frost, minister z gabinetu Borisa Johnsona, który był jednym z głównych negocjatorów wyjścia Królestwa z Unii Europejskiej.
Sekundują mu inni publicyści. „Przegraliśmy walkę ze zmianami klimatycznymi. Czas porzucić zeroemisyjność” – dowodzi Allister Heath z „Telegrapha”. „Katastrofizm związany ze zmianami klimatu to lewacka broń służąca do zniszczenia kapitalizmu” – grzmi kolejny publicysta, odwołując się jeszcze do postaci Ala Gore'a (wiceprezydenta w administracji Billa Clintona, który stał się jednym z heroldów kampanii klimatycznej dobre dwie dekady temu). Pewną kontrą jest opinia, zgodnie z którą „zmiany klimatyczne są zagrożeniem dla konserwatywnego stylu życia”, z czego płynie wniosek, że torysi nie powinni potępiać polityki zeroemisyjności w czambuł, tylko poszukać jakiegoś złotego środka.
Złagodzenie rygorów ETS
Powyższe opinie odzwierciedlają mniej więcej – i to w odniesieniu do całej Europy – spektrum argumentów, do których sięgają dziś klimatyczni sceptycy lub przeciwnicy wyrzeczeń związanych z polityką klimatyczną. A w realiach współczesnej polityki, gdy pojedynczy politycy czy nawet całe partie wykonują gwałtowne zwroty w ślad za wahnięciami nastrojów opinii publicznej, może się okazać, że gabinet Andy'ego Burnhama nie będzie zbyt gorliwie bronił zeroemisyjności.
Czytaj więcej
Lekcją, którą dają nam europejskie problemy energetyki na fali ostatnich upałów, nie jest odejście od konwencjonalnych i nuklearnych źródeł energii...
Tym bardziej, że po drugiej stronie Kanału La Manche rygorystyczne podejście do osiągania celów klimatycznych łagodnieje w szybkim tempie. W połowie lipca odpowiedzialny za politykę klimatyczną komisarz UE Wopke Hoekstra zaproponował daleko idącą rewizję systemu handlu emisjami, w tym wydłużenie okresu wsparcia m.in. dla przemysłu wydobywczego, ciężkiego, lotnictwa i transportu, który podejmie prace nad transformacją swoich instalacji i modeli działania z pierwotnie przyjętego terminu 2039 r. do 2048 r.. Zwiększyć ma się też procentowy udział pieniędzy z systemu handlu emisjami kierowanych z powrotem do biznesu na wsparcie transformacji. Dzisiaj to w sumie około 5 proc. całości, a środkami z systemu wspiera się inne, często tylko symbolicznie związane z polityką klimatyczną, inicjatywy.
Czysto teoretycznie, finalny cel – zeroemisyjność w 2050 r. – ma zostać osiągnięty tak, jak planowano. „Podczas gdy branże mocno oparte na paliwach kopalnych wygrały raz jeszcze, to propozycje (Hoekstry – red.) zniechęcają tych, którzy już zainwestowali w redukowanie swoich emisji” – kwituje ten zwrot „Financial Times”.
Niepewna przyszłość zeroemisyjności
Pożyjemy, zobaczymy – tak można lapidarnie scharakteryzować obecne stanowisko Brukseli wobec zeroemisyjności. Choć komisarz Hoekstra zapewnia, że „kolejna dekada przyniesie intensywniejszą politykę klimatyczną”, to do 2048 czy 2050 r. jeszcze kawał czasu i decyzję o porzuceniu lub utrzymaniu celu zeroemisyjności można z powodzeniem zrzucać na kolejną generację polityków rządzących Europą.
Czytaj więcej
Hiszpania zmaga się z falami pożarów lasów. Okazuje się, że poza czynnikami klimatycznymi kluczową rolę w narastaniu problemu odgrywa także masowe...
Inna sprawa, że pozostawienie spraw swojemu biegowi – odchodząc od polityki klimatycznej – też będzie kosztowne. Nie chodzi tylko o straty wynikające np. z pożarów czy suszy. Niemieccy eksperci oszacowali, że dzień z temperaturą powyżej 30 stopni Celsjusza kosztuje gospodarkę nad Renem 430 mln euro w dodatkowych kosztach, od konkretnych rachunków za klimatyzację (a dziś jest ona w zaledwie co drugim biurze w Niemczech) po spadek produktywności i zwolnienia lekarskie. Co dobre dla branży wydobywczej, może wykańczać turystykę, transport, hotelarstwo czy gastronomię.
Tyle że owo „rozwalanie gospodarki”, żeby posłużyć się frazą brytyjskiego polityka cytowanego wyżej, nie przyniesie natychmiast odczuwalnych skutków, które w diametralny sposób poprawiłyby sytuację klimatyczną. Doprowadzenie klimatu do obecnego kryzysu trwało ponad stulecie, z widocznym przyspieszeniem począwszy od lat 70. XX wieku – i odwracanie zmian nie potrwałoby krócej. Ale linie frontu w batalii o zeroemisyjność mogą się jeszcze odwrócić.