Ekologia to opium dla mas – taką prowokatorską parafrazą zaczyna się najważniejsza praca japońskiego myśliciela, w której wykłada on swoje credo: „Slow Down: The Degrowth Manifesto”, co możemy luźno przetłumaczyć jako „Zwolnij. Manifest dewzrostu (spadku gospodarczego czy właściwie odejścia od kryterium wzrostu gospodarczego – red.)”. „Co osobiście zrobiłeś, by zapobiec globalnemu ociepleniu? Kupiłeś torbę na zakupy wielokrotnego użytku, by zmniejszyć swoją zależność od tych plastikowych? Nosisz termos, żeby nie kupować napojów w plastikowych butelkach? Kupiłeś elektryczne auto?” – pyta retorycznie Kohei.

– „Pozwól, że jasno powiemy sobie to od razu: wszystkie te dobre uczynki nic nie znaczą. Mogą przynieść wręcz więcej szkód niż pożytku (…) Są jak katolickie odpusty, pozwalające ulżyć sumieniu przy wyrzutach sumienia związanych z konsumpcjonizmem i odciągające wzrok od prawdziwych zagrożeń, co tylko pozwala siłom kapitału owijać nasze obawy w oświadczenia o impakcie środowiskowym i oddalić je w zwodniczej formie znanej nam jako greenwashing” – dorzuca japoński filozof.

Czytaj więcej

Rekordowa temperatura morza zachęca rekiny. Mają być już w brytyjskich wodach

Ten frontalny atak na współczesny dyskurs na temat hamowania zmian klimatycznych, co z kolei mogłoby radować serca „klimatycznych sceptyków”, ma jednak drugie dno: według autora obecne zabiegi o „zazielenienie” polityki i gospodarki to tylko listek figowy, mający ocalić skórę establishmentu biznesowo-politycznego, który doprowadził planetę na krawędź zagłady. „Musimy pójść tropem kryzysu klimatycznego aż do jego praprzyczyny. A praprzyczyną jest kapitalizm, zrozumienie tego faktu jest kluczowe. Nienormalny przyrost dwutlenku węgla w atmosferze zaczął się wszak wraz z Rewolucją Przemysłową, w chwili, gdy kapitalizm rzeczywiście zaczął rządzić światem. Krótko po tym, jak ktoś zauważył i był w stanie jasno przeanalizować jego naturę. A tym kimś był, rzecz jasna, niemiecki myśliciel Karol Marks” – pisze Kohei. – „W żadnym razie nie chcę jednak powielać marksizmu takim, jaki istnieje. Chcę odkopać i zbudować kompletnie nowy aspekt myśli Marksa” – dodaje. Używając innej parafrazy: wszystko musi się zmienić, by nie zmieniło się nic.

Kohei Saito: Gwiazda japońskiej filozofii

Komunizm i marksizm mają w Japonii całkiem długą – i burzliwą – historię. „Manifest komunistyczny” Marksa przetłumaczono tam u progu XX wieku, z całkiem szerokim odzewem w kręgach myślicieli zajmujących się polityką. Z błogosławieństwem Kremla w latach 20. powstała też partia komunistyczna. Pierwsi i drudzy byli na celowniku cesarstwa aż do przegranej w II wojnie światowej, kiedy to partia komunistyczna mogła już działać legalnie, a zwolennicy Marksa – swobodnie publikować.

Czytaj więcej

Oblegane przez turystów jezioro niemal całkiem wyschło. Poziom wody spadł o 9 metrów

W wyborach w 1949 r. lokalni komuniści uzyskali na tyle dobry wynik, że ówczesny establishment poczuł się zagrożony. „Czerwona Czystka” objęła w tamtych burzliwych miesiącach członków i sympatyków partii w aparacie państwa, systemie edukacji czy biznesie. W tym momencie partia rozprysła się na frakcje, z których te najbardziej bojowe próbowały działań partyzanckich. Japońska guerrilla nie przetrwała długo, choć echa przemocy słychać było jeszcze długo – za sprawą Japońskiej Armii Czerwonej, która powstała w latach 70. i z impetem włączyła się w ówczesną falę lewicowego terroryzmu. Co ciekawe, umiarkowana część partii komunistycznej przetrwała – i to w niezłej formie. Dziś ma 250 tysięcy członków, po kilku deputowanych i senatorów w parlamencie krajowym oraz setki przedstawicieli we władzach lokalnych rozmaitego szczebla.

Oznacza to także, że myśl niemieckiego filozofa oraz otwarte odwoływanie się do niej nie jest w Japonii tak skompromitowane, jak m.in. w Europie Środkowo-Wschodniej. Dotyczy to również młodego pokolenia badaczy – bo za przedstawiciela tej generacji może uchodzić dobiegający czterdziestki Kohei Saito. Rocznik 1987, absolwent prywatnych szkół średnich, przewinął się przez uniwersytety w Japonii i Stanach Zjednoczonych, by finalnie wylądować w Berlinie – na tamtejszym Wolnym Uniwersytecie Berlina oraz uniwersytecie Humboldta.

Flirt z marksizmem być może miał być chwilowym zauroczeniem, podchwyconym jeszcze podczas krótkich studiów na uniwersytecie tokijskim i napędzonym katastrofą elektrowni nuklearnej w Fukuszimie. Ale okazało się, że finalny temat pracy doktorskiej – myśl ekologiczna w pismach Marksa, czyli konflikt między dbałością o środowisko naturalne, a celami „kapitału” – stał się, wraz z narastaniem kryzysu klimatycznego, nośny. Sypnęły się książki: m.in. wydany w 2017 r. „Ekosocjalizm Karola Marksa: kapitał, natura i niedokończona krytyka politycznej gospodarki”, „Kapitał w antropocenie” z 2020 r., „Marks w antropocenie: ku idei komunizmu dewzrostu” z 2023 r. oraz – bardziej już autorska wypowiedź – „Zwolnij. Manifest dewzrostu” z 2024 r. I wreszcie opublikowany kilka tygodni temu „U kresu postępu. Przeżyć w ruinach kapitalizmu”.

Od dyktatury wzrostu do dyktatury ekologii

Już druga z wyliczonych wyżej książek okazała się bestsellerem: „Kapitał w antropocenie” sprzedał się – tylko w Japonii i tylko w pierwsze dwa lata po publikacji – w ponad pół miliona egzemplarzy. – To była wielka niespodzianka – przyznał filozof w rozmowie z brytyjskim dziennikiem „Guardian” rok później. – „No bo kto by dziś interesował się Marksem i komunizmem?” – pytał retorycznie. Pierwotny cel japońskiego badacza – wyłowienie z prac Marksa wątków związanych z troską o środowisko naturalne – przerodził się w poszukiwanie wspólnych wątków między marksizmem, a współcześnie formułowaną przez ekologów krytyką plądrowania zasobów planety. A wreszcie we własną koncepcję, którą – miejscami w lapidarny sposób – Kohei Saito zawarł w ostatniej z opublikowanych prac.

Czytaj więcej

„Chmura ognista” pierwszy raz w historii nad Francją. To bardzo groźne zjawisko

„Jestem przekonany, że najlepszy sposób przetrwania kryzysu antropocenu można znaleźć wśród refleksji zapisanych przez Marksa pod koniec jego życia, które można podsumować jako komunizm dewzrostu” – pisze w „Manifeście” Kohei. – „Zmian klimatu nie da się zatrzymać poprzez Cele Zrównoważonego Rozwoju, Zielone New Deals czy bioinżynierię. Zielony keynesizm prący do zielonego wzrostu przyniesie jedynie dalszy rozwój Imperialnego Sposobu Życia i ekologiczny imperializm, dalszy wzrost nierówności, którym towarzyszyć będzie pogłębianie się kryzysu środowiskowego” – przekonuje.

Tu wkraczamy na pole dewzrostu. Odejście od „bożka”, jakim stał się dla wielu rządów i ekspertów wskaźnik wzrostu gospodarczego, jest dla japońskiego filozofa koniecznym warunkiem uratowania planety i własnej skóry. Powinno się to dokonać poprzez radykalną redukcję konsumpcji, na dodatek – zastosowaną przede wszystkim w państwach bogatej Północy, bowiem biedne i zacofane Południe będzie jeszcze długo potrzebować właśnie wzrostu gospodarczego, by doszlusować poziomem i jakością życia do krajów bogatych. – Każdy na planecie powinien mieć dostęp do podstawowych rzeczy potrzebnych do życia: elektryczności, wody, edukacji. Ale musimy stworzyć wizję, w której dałoby się uniknąć masowej produkcji, masowej konsumpcji i zmasowania powstałych w ten sposób odpadów – dowodzi.

Czytaj więcej

Znaleźli sposób na pożary w Europie. Eksperci mówią o „metodzie pasterskiej”

W ostatnio opublikowanej książce Kohei Saito idzie o krok dalej. W zasadzie już nie mamy szansy uniknąć najgorszych skutków kryzysu klimatycznego, ocieplenie zmierza ku przekroczeniu progu wzrostu temperatur o 4 stopnie Celsjusza. Politycznie świat dąży stopniowo w kierunku faszyzmu, popychany tam zarówno przez populistów, jak i technologiczne imperia. A skoro inicjatywy międzynarodowe czy działania oddolne nie są w stanie przynieść potrzebnych efektów, to należy postawić na silne państwo: kontrolujące zasoby oraz środki produkcji i używające ich zgodnie z proekologicznym planowaniem. To nie dyktatura proletariatu, a „dyktatura ekologii” – skoncentrowana na przynoszącej realne efekty polityce proklimatycznej. „Kiedy obudzimy się z dawnych snów i zaakceptujemy finalnie koniec tego świata, otworzy się nowa przyszłość, którą musimy wspólnie ukształtować” – peroruje Kohei Saito.

Nastały rządy ekopaniki

O ile w ostatniej pracy japoński filozof odrywa się nieco od Marksa i komunizmu sensu stricto, to wciąż jest to kontynuacja myśli wyłożonych we wcześniejszych książkach. I, jak wytyka „najbardziej czerwony” (i „najbardziej zielony”) z niemieckich dzienników, „Die Tageszeitung”, chyba bardziej ignorująca realia, wręcz wpadająca w wewnętrzne sprzeczności – bo skąd we współczesnych państwach Zachodu czy bogatej Północy, miałaby wziąć się ta postulowana siła do nacjonalizowania, reglamentowania i kontroli? Gdyby istniała, nie byłoby przecież problemu populizmów czy technofaszyzmu.

Paradoksalnie, trajektoria, jaką podążają koncepcje japońskiego filozofa, może zamiast wspierać walkę ze zmianami klimatycznymi raczej napędzać jej przeciwników. „Pilność, sytuacja awaryjna, kryzys: jest to język zmian klimatycznych, który w ostatnich latach promują ruchy aktywistyczne” – pisze w książce „Strach. Inna historia świata” brytyjski historyk nauki Robert Peckham, nazywając to „ekopaniką”. Ponaglanie, wymuszanie wyrzeczeń, straszenie abstrakcyjnymi kataklizmami w przyszłości uchodzi z tej perspektywy za metodę wprowadzania eko-rządów – owej „zielonej dyktatury”, niczym z pism Kohei Saito. A ponieważ dyskurs toczy się na styku zjawisk najczęściej niezbyt widocznych dla zwykłego człowieka – jak znikanie bioróżnorodności, stopniowe zmiany wzorców pogodowych czy topnienie lodu w trudno dostępnych regionach świata – zaś wiąże się z konkretnymi kosztami i wyrzeczeniami odczuwalnymi w codziennym życiu, więc nie jest trudno tkać narrację o „spisku ekologów”, „lobbingu branży x”, „nowym porządku świata”.

Trudno wskazać, kto miałby podążyć za myślą japońskiego filozofa: politycy, ich wyborcy, urzędnicy? Czy „zielone” dyktatury oraz centralne planowanie gospodarki miałyby wprowadzać obecne liberalne władze państw zachodnich, czy nowe ugrupowania, które miałyby z otwartą przyłbicą iść w stronę „zielonych dyktatur”? Można z powodzeniem założyć, że nieco bardziej wyczuleni na kwestie ekologiczne siły polityczne przemilczą idee Kohei, za to z łatwością można przewidzieć, że obrońcy węgla, szybkiej mody czy plastikowych butelek będą próbowali dyskredytować proekologiczne kampanie i aktywizm doklejając mu łatkę komunizmu i marksizmu, tyle że made in Japan.