Dwa lata temu zapowiadał pan w rozmowie z „Rzeczpospolitą" radykalną transformację biznesu. Ten proces już trwa?

To jak z transformacją polskiej gospodarki po 1989 r.: trudno określić, kiedy proces się zaczął, ile trwał i czy już się zakończył. Wiemy, że transformacja w stronę gospodarki nisko- czy zeroemisyjnej już się rozpoczęła, ale nie wiadomo, jak długo będzie trwać, bo czekające nas zmiany są bardzo radykalne. Trudno oceniać, czy mamy za sobą 1 procent drogi czy więcej. Na pewno jesteśmy na jej początku.

Tyle się na ten temat dyskutuje...

Rzeczywiście, widać to choćby po ostatnim Forum Ekonomicznym w Karpaczu: co trzecia rozmowa dotyczyła jakichś „zielonych" zagadnień. To samo na innych prestiżowych spotkaniach biznesowych. Zajmuję się tą problematyką od 25 lat i nigdy jeszcze tyle o niej nie rozmawiano.

Czy idą za tym działania? Zmienia się charakter i skala prośrodowiskowych działań biznesu?

Cóż, porównując do działań PR z przeszłości, zmiany są widoczne. Kiedyś raczej mówiono, że coś jest ważne i trzeba się będzie tym zająć. Ale nie szły za tym działania. Jeżeli na świecie mamy jeszcze liderów biznesowych, którzy w pełni uświadamiają sobie wagę zagrożeń klimatycznych, to w Polsce raczej ich nie ma.

U nas działanie wynika z presji: rynkowej, regulacyjnej i społecznej. Ta rynkowa – wywierana przez partnerów biznesowych, klientów, dostawców – jest najbardziej widoczna. Przejawia się to np. w sektorze finansowym, który zaczyna weryfikować wskaźniki niefinansowe swoich klientów, uzależnia finansowanie od charakteru i skutków ich działalności. Przy czym sektor finansowy sam podlega presji, tyle że regulacyjnej. Tę z kolei możemy też obserwować w innych branżach, np. przy okazji dyskusji o ROP, czyli wprowadzeniu rozszerzonej odpowiedzialności producenta czy „ustawie plastikowej", dotyczącej wycofywania jednorazowych produktów z tworzyw sztucznych.

Presja społeczna też chyba rośnie. Coraz więcej konsumentów przy zakupach bierze pod uwagę szkodliwość produktów dla środowiska.

Przez presję społeczną rozumiałbym tu raczej nacisk ze strony organizacji pozarządowych czy mediów. A tego jest ciągle zbyt mało u nas. Wybory konsumenckie są przede wszystkim wynikiem gry rynkowej i związane z tym, że jakieś alternatywne, „zieleńsze" produkty stają się po prostu bardziej dostępne. Weźmy żywność wegetariańską i wegańską: sieci sklepowe zdecydowały, że będą lepiej eksponować produkty roślinne, które spodobały się klientom i zaczęli kupować. Supermarket zamawia więc więcej takich produktów, poszerza ofertę, pojawiają się nowi producenci.

Wcześniej nie było jakiegoś masowego zainteresowania taką żywnością, nie wychodziła poza niewielką niszę rynkową. To presja społeczna i rynkowa się łączą.

Ale w Polsce i tak najważniejsza jest presja regulacyjna, czyli decyzje płynące do nas z Brukseli. I to akurat jest korzystne w perspektywie koniecznej transformacji biznesu w Polsce, który ciągle w dużej mierze pozostaje w kręgu płytkiego myślenia o CSR.

A jaką ewolucję przechodzą firmowe programy CSR?

Znaczącą. Kiedyś sprowadzały się do deklaracji, że „zrobimy coś dobrego przy okazji", nie wpływało to na sposób działania firmy. Biznes pokazywał ludzką twarz, co miało się przekładać na wizerunek firmy. Potem CSR zaczął mieć charakter bardziej użytkowy: inicjatywy z tego obszaru, takie jak zaangażowanie społeczne, kampanie marketingowe, wspierały sprzedaż, dawały przewagę konkurencyjną.

Teraz zaczyna się trzeci okres tej ewolucji: CSR wchodzi do środka przedsiębiorstw. Dziś już nawet zamiast skrótu CSR używa się raczej terminu sustainability albo ESG. Chodzi o zrównoważone zarządzanie: zaczynamy tak przekształcać organizację od wewnątrz, by odpowiadać na oczekiwania rynku, regulacje, kryzys klimatyczny. Zamykamy obieg surowców, mierzymy ślad węglowy, redukujemy emisje. To nowe kryteria oceny działalności gospodarczej.

A możemy wskazać jakieś obszary, gdzie firmy mogą się zmieniać tak, by zapobiegać zmianom klimatycznym? Wybierając nowe siedziby, modyfikując pracę biura?

To już są oczywistości. Niedawno byłem w nowej siedzibie jednego z największych polskich banków i sporą część tego spotkania spędziłem, podziwiając nowoczesne technologie zastosowane w tym budynku. Wiadomo dziś, że firmowy budynek musi np. oszczędzać wodę i energię, technologia prośrodowiskowa coraz bardziej łączy się ze smart buildingiem. Można powiedzieć, że digital łączy się z sustainability – i to dobrze, bo tak jak gospodarka cyfrowa daje już biznesowi duże korzyści i oszczędności, również zrównoważone zarządzanie ma wielki potencjał. Służy poprawie efektywności firmy, czy to w łańcuchu dostaw, czy w zakresie innowacji dotyczących produktów i procesów. Zmiany są już widoczne i dotyczą innowacji na rzecz klimatu.

Sustainability uratuje świat?

Jeżeli przyjmiemy, że to właśnie biznes ma uratować świat, to musi być dobrze zaopatrzony w strategie zrównoważonego rozwoju. Nie tylko na poziomie ładnie brzmiących deklaracji i zobowiązań klimatycznych. Ale wtedy całe otoczenie biznesu powinno dokładnie i systematycznie rozliczać firmy z tych zobowiązań.

To dziś największy znak zapytania: co z tego wyniknie. Coraz częściej na świecie słychać utyskiwanie, że ta fala zachwytu sustainability to w gruncie rzeczy greenwashing, działania pozorowane, które nie zwiększają naszego pozytywnego wpływu na środowisko, co najwyżej nieco zmniejszają negatywny. Biznes mniej szkodzi, ale jednocześnie zwiększa dynamikę wzrostu, produkcję, sprzedaż.

Bilans wychodzi na zero: poziom szkodliwości wiele się nie zmienia. A chodzi przecież o to, by biznes przyczyniał się do naprawy środowiska. Niestety, aż tak daleko to te zmiany nie idą.