Ropy i gazu z czasem zabraknie. A wiatr na szkockich wybrzeżach będzie zawsze.

W Aberdeen mieszka 71 tysięcy inżynierów, geologów oraz osób zatrudnionych na platformach wiertniczych - wszyscy pracują dla branży gazowo-naftowej - pisze „New York Times”. Ale pracy dla nich jest coraz mniej, bo od roku 1999 wydobycie z tej części Morza Północnego regularnie spada. W ciągu ostatnich 5 lat ten spadek wyniósł 40 proc. A brak inwestycji uniemożliwia teraz skorzystanie z hossy na rynku ropy i gazu, bo moce wydobywcze są ograniczone. - Niestety nie jest już tak, że gaz i ropa dostarczają budżetowi znaczących przychodów jak to było kiedyś - mówi Malcolm Forbes-Cable, wiceprezes Wood Mackenzie , firmy konsultingowej z rynków energetycznych.

Czytaj więcej

Turbiny pływowe przyszłością energetyki?
Ruszyła najpotężniejsza na świecie turbina pływowa

Na tych przychodach ważą koszty zamykania i demontażu setek platform wydobywczych, które obciążą właścicieli łączną kwotą 46 mld funtów brytyjskich. A premier Szkocji, Nicola Strugeon zwróciła się do premiera Wielkiej Brytanii o dokładne przyjrzenie się firmom, które już uzyskały zgodę na wydobycie na szkockich wodach przybrzeżnych, ale nie rozpoczęły eksploatacji. Dlaczego to zrobiła ? Bo zdała sobie sprawę, że Szkocja nie może swojej gospodarczej przyszłości opierać na ropie i gazie, jeśli na poważnie chce się przyłożyć do spowolnienia zmian klimatycznych.

Jak można się było spodziewać taki apel był wielkim zaskoczeniem. Zazwyczaj jest tak, że jeśli jakaś licencja została przyznana, to raz na zawsze, chyba że jej właściciel rażąco naruszył prawo. Czy rzeczywiście Nicoli Sturgeon uda się przekonać brytyjskiego premiera, to inna sprawa. W każdym razie właściciele licencji już protestują arumentując, że zgoda na wniosek Szkotów uniemożliwi im zainwestowanie 21 mld funtów w ciągu następnych 5 lat i tak naprawdę może się okazać gwoździem do trumny tej branży.

Zatrzymać miejsca pracy i inwestycje

Nicoli Sturgeon zależy przede wszystkim na powstrzymaniu przygotowań do wydobycia w ramach projektu Combo na zachód od Wysp Szetlandzkich, gdzie podobno znajdują się potężne złoża ropy i gazu. Jego główny udziałowiec Combo Siccar Point Energy poinformował, że na rozwój tego projektu wydał już 190 mln dolarów i jest w stanie stworzyć 1000 nowych miejsc pracy.

Ale przeciwko Combo nieustannie protestują ekolodzy. Nicola Sturgeon znalazła się więc w bardzo trudnej sytuacji, bo rzeczywiście z jednej strony są miejsca pracy i inwestycje, których Szkocja potrzebuje, a z drugiej ona sama liczy na poparcie Szkockiej Partii Zielonych jeśli chce wygrać referendum niepodległościowe. Przy tym i Nicola Sturgeon i Boris Johnson chcą być postrzegani jako obrońcy klimatu, zwłaszcza przed planowaną konferencją COP26, zaplanowaną na listopad w Glasgow.

- Stworzenie dobrze płatnych nowych miejsc pracy będzie trudne , a ropa i gaz są przecież podstawą szkockiej gospodarki — mówi Mairi Spowage z Allander Institute na Uniwersytecie w Strathclyde.

Autopromocja
Nowość!

Trzy dostępy do treści rp.pl w ramach jednej prenumeraty

ZAMÓW TERAZ

- Nie chcemy przecież powtórzyć błędów , jakie popełniliśmy w latach 80. kiedy to utrata miejsc pracy w brytyjskich kopalniach węgla i hutach spowodowało gwałtowny wzrost bezrobocia, a wiele osób stało się bezdomnymi - dodaje.

Czytaj więcej

Timothy Meinberg
Zmiany klimatyczne wysysają tlen z jezior w Europie

Pojawiły się również głosy, że turbiny wiatrowe budowane wzdłuż szkockiego wybrzeża mogą stopniowo rozwiązywać ten problem. Jak na razie jednak są to początki i to nie tylko w Szkocji. Z tego odnawialnego źródła pochodzi na świecie jedynie 1 proc. energii. Ale jego udział będzie rósł, ponieważ według Międzynarodowej Agencji Energii, tylko w 2020 zainwestowano w nie 29 mld dolarów, czyli 8 proc. całej kwoty, jaką firmy wydały na produkcję energii ze źródeł odnawialnych.

Turbiny popłyną daleko

W Szkocji opracowane metodę budowy pływających trubin wiatrowych, które są wodowane daleko od wybrzeża, tam gdzie wiatry są najsilniejsze. Dotychczas uważano, że głębokość optymalna dla takich konstrukcji, to 61 metrów. Szkoci udowodnili, że może być ona dużo większa. A to już umożliwia większą ekspansję. Szkoci już mają taki projekt, wart 230 mln dolarów Peterhead, który zwodowano z Aberdeen. Zakotwiczony został na głębokości ponad 90 metrów i jest wyjątkowo wydajny, bo produkuje o 54 proc. więcej energii, niż wiatraki położone bliżej brzegu. Okazuje się, że im dalej od wybrzeża, tym wiatr jest silniejszy i wieje ze stabilną siłą.

- Możemy pójść nawet głębiej i skorzystać z jeszcze silniejszych wiatrów - mówi Ben Lawson z norweskiego Equinora , odpowiedzialny za operacje Peterheada. Jego zdaniem sukces projektu ma ogromne znaczenie dla przyszłych inwestycji.

Aberdeen jest na to przygotowane. Kosztem 350 mln funtów w zatoce budowana jest infrastruktura dla farm wiatrowych. Powstają tam specjalne doki, które będą w stanie odbierać ogromne elementy do budowy wież.

Wiadomo już, że jeśli inwestycja będzie trafiona, niezbędni będą nowi specjaliści, tak samo, jak to było w przypadku platform wydobywczych. - Jeśli wszystko powstanie we współpracy przemysłu z rządem, to jest to wielka przemysłowa szansa dla Szkocji na najbliższe 50 lat - mówi Jim McDonald, prorektor University of Strathclyde, który doradza w kwestiach energetycznych szkockiemu rządowi. Na razie szkockie władze są na etapie wyboru firm, które miałyby brać udział w tym przedsięwzięciu wycenianym teraz na 30 mld funtów.

Wśród gotowych do takich inwestycji są BP, Total, Equinor oraz Royal Dutch Shell. I nie ukrywają, że jeśli projekt ruszy, to miejsca pracy w Aberdeen nie będą zagrożone odchodzeniem od ropy i gazu. BP już poinformowało, że jeśli otrzyma obiecaną powierzchnię do zagospodarowania, to zbuduje w Aberdeen swoje centrum operacyjne i zatrudni tam na początku 120 osób. Przy tym nie chodzi jedynie o stawianie wiatraków, ale i ich produkcję, czyli byłoby to powtórzenie sytuacji sprzed lat, kiedy w tym mieście produkowano urządzenia do wydobycia ropy i gazu.

Jednakże zdaniem niektórych specjalistów sprawy nie przedstawiają się tak różowo, bo w wiatrowniach wszystko jest zautomatyzowane.

Paul de Leeuw, dyrektor Instytutu Transformacji Energetycznej na Robert Gordon University w Aberdeen, argumentuje jednak, że nie stanowi to przeszkody do tworzenia nowych miejsc pracy i miasto już w końcu tego dziesięciolecia może mieć ich znacznie więcej , niż jest to teraz. Tyle, że ważne jest by tym razem i Szkocja i Wielka Brytania postawiła na krajowych wytwórców sprzętu. Bo na przykład w Wielkiej Brytanii wiatrownie sprowadzano spoza kraju. - No i jest jeszcze jeden warunek. Nic nie można robić na chybcika, zastępowanie miejsc pracy znikających z branży naftowo- gazowej musi odbywać się w odpowiednim tempie, aby mogły być zastępowane nowymi. Inaczej rzeczywiście miejsca pracy znikną - mówi Paul de Leeuw.