W sierpniu Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu opublikował raport, który jest „czerwonym alarmem" dla ludzkości. Czy taki ton publikacji był konieczny?

Mam poczucie, że tę retorykę trzeba utrzymać. Nie można już mówić, że coś „może się wydarzyć", „jeśli" i „gdyby". Dane zbierane przez wybitnych ekspertów jasno dowodzą, że sytuacja jest dramatyczna i mamy do czynienia z rozpędzoną machiną destrukcji systemu ziemskiego. To ciąg powiązanych ze sobą zmian: topnienie lodowców zaburza prądy morskie mające wpływ na fronty atmosferyczne, a one z kolei decydują o tym, gdzie padają ulewne deszcze, a gdzie nie spada ani kropla wody, gdzie jest zimno, a gdzie panują rekordowe upały. Tych zjawisk nie uda się odwrócić w ciągu roku czy kilku lat.

Owszem, taka narracja bywa negowana, gdy kontaktujemy się bezpośrednio ze społeczeństwami, wywołuje też zjawisko depresji klimatycznej.

Ludzie odpychają od siebie katastroficzny przekaz badaczy, bo mają w życiu wiele innych palących problemów. Być może w takiej komunikacji powinniśmy stawiać na prezentację danych i potencjalnych scenariuszy rozwoju sytuacji bez tych emocji. Ale alarmistyczny język raportów IPCC skłania do działania rządy i biznes, dzięki niemu decydenci bardziej się mobilizują – jak teraz, przed zbliżającą się konferencją COP26.

Ale czy to przynosi długoterminowy efekt?

O zmianach zachodzących w klimacie i wpływie na nie człowieka wiedzieliśmy już co najmniej od lat 70. Mówiono o tym na konferencji w Sztokholmie, Rio de Janeiro, na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ i wielu innych spotkaniach na najwyższym szczeblu. Dopiero alarmistyczny ton głosu nauki sprawił, że rządy zaczęły uświadamiać sobie skalę zmian i problemów; to m.in. wpłynęło na przyjęcie porozumienia paryskiego, dzięki niemu przedstawiciele rządów i największych korporacji zaczęli coraz ambitniej angażować się w dyskusję i realne działania. W 2015 r. przyjęto Agendę 2030, a wraz z nią cele zrównoważonego rozwoju, do których odwołują się dokumenty rządowe i strategie biznesu.

Rośnie zatem świadomość, choć zakres deklarowanych obecnie działań to ledwie połowa tego, co powinniśmy zrobić, by zatrzymać katastrofalne procesy.

Nie byłoby jednak i tego bez wzmocnienia narracji. Teraz też zadaję sobie pytanie: na ile po medialnym szumie towarzyszącym publikacji raportu na początku sierpnia opisane w nim procesy zapiszą się w świadomości ludzi, a na ile rozmyją w natłoku codziennych problemów.

Skoro sytuacja jest tak paląca, może należałoby przyspieszyć harmonogram działań?

Cel osiągnięcia neutralności klimatycznej ma dość odległy horyzont, tu pojawia się zwykle rok 2050. Jednak dla większości deklarowanych działań punktem odniesienia jest 2030 r. To horyzont czasowy dla Zielonego Ładu, Fit for 55, celów zrównoważonego rozwoju. Rok kluczowy również w deklaracjach formułowanych przez biznes.

To może zmieńmy go na 2025?

Teoretycznie zgadzam się, że czas nas goni, ale jest tu pewna spójność. Dziewięć lat, które pozostało do 2030 r., to i tak mało jak na wyzwania, którym chcemy sprostać. Dla firm i rządów, myślących o radykalnej zmianie reguł funkcjonowania gospodarek, to jednak stosunkowo krótki deadline. Gdybyśmy przesunęli go na 2025 r., wszyscy uznaliby ten termin za nierealny i po prostu odpuścili jakiekolwiek działanie. Mamy więc swoisty kompromis: z jednej strony dość nieodległy czas na wprowadzanie coraz ambitniejszych zmian, a z drugiej nadzieja, że zmiany systemu ziemskiego nie osiągną jeszcze krytycznego poziomu do końca dekady.

Politycznie czy biznesowo nie powinno być to trudne: sondaże na całym świecie pokazują, że ludzie stają się coraz bardziej uwrażliwieni na sprawy środowiska i klimatu. Chyba że to tylko taki efekt sondażowy.

Cóż, postawy rzeczywiście się zmieniają, ale nie wiem, czy bardziej cieszyć się z tego, że 70 proc. ankietowanych dostrzega zagrożenia związane ze zmianami klimatu, czy martwić, że nawet 20 proc. to wciąż klimatyczni negacjoniści, uważający, że problem został wymyślony.

Wzrost świadomości wyzwań jest niezaprzeczalny, a Młodzieżowe Strajki Klimatyczne są tego najlepszym dowodem.

W sondażach widać też, gdzie budzi się ona szybciej, a gdzie wciąż raczkuje. Widzimy, że mieszkańcy miast w większym stopniu dostrzegają problem; podobnie młodzi i – paradoksalnie – najstarsi, którzy zmiany klimatu mogą oceniać na podstawie własnych wspomnień tego, jak wyglądały zimy i lata kilka dekad temu.

Raporty IPCC nie wystarczają?

UNEP jest organizacją, która przed laty współtworzyła IPCC – jako platformę współpracy olbrzymiej grupy naukowców z różnych stron świata, którzy bazują na danych zbieranych przez kolejne zespoły, obserwatoria, instytuty czy poprzez badania satelitarne. Chciałabym, żeby zarówno raporty UNEP, jak i IPCC nie były postrzegane jako „stanowisko w dyskusji", z którym można się nie zgadzać, lekceważyć je czy odrzucać, ale jako źródło sprawdzonych informacji, twardych danych, które pozwolą nam ocenić, do czego doprowadziliśmy i gdzie zmierzamy.

Czy ta wrażliwość pojawiła się też w biznesie?

Podobnie jak w przypadku wspomnianych sondaży: są firmy, które usilnie nie zauważają powagi sytuacji, i takie, które oparły już swoją strategię na założeniu minimalizacji wpływu na środowisko. Kluczowe są dziś te duże, globalne przedsiębiorstwa, które chętniej wpisują ambitne środowiskowe cele do swoich strategii, a także stawiają wymagania swoim biznesowym partnerom w łańcuchach dostaw i wartości. Nie wiem, czy osiągną zakładane cele, ale podejmują działania. Pracują w nich też specjaliści od CSR, którzy mają poczucie misji i serce do tych problemów. W mniejszych firmach nie ma tak wielkiej chęci do zmian, chyba że pod presją odpowiednich regulacji. Choć i w dużych, i w małych zaczyna się liczyć ślad węglowy, stwarzane nowe standardy. Zmiany są zatem zauważalne, wprawdzie powoli, ale idzie to w dobrym kierunku, choć nie jest to zmiana masowa.