Zdaniem ekspertów Polska, mająca coraz większy problem z retencją wody, powinna zachęcić obywateli do zatrzymywania tego strategicznego surowca. Gromadzenie wody deszczowej w specjalnych zbiornikach, budowa małych oczek wodnych czy stawów to priorytet gospodarki wodnej na najniższym poziomie.

W jaki sposób zmotywować Polaków do z jednej strony oszczędnego gospodarowania wodą, a z drugiej strony do jej gromadzenia? Jakimi narzędziami administracyjnymi motywującymi do retencji wody dysponuje państwo? Jakie znaczenie ma tu program „Moja woda”? A wreszcie, jak rolnictwo może efektywniej wykorzystywać zasoby wodne? To tylko część zagadnień, o jakich była mowa podczas debaty „Retencja u Kowalskiego. W jaki sposób zachęcić właścicieli domów do gromadzenia wody”, która odbyła się w ramach projektu „Rzeczpospolitej” – „Walka o klimat”, w cyklu dotyczącym wody.

Trzy kluczowe obszary

Michał Kurtyka, minister klimatu i środowiska, zwrócił uwagę na trzy obszary działania resortu związane z wodą. Po pierwsze, podkreślił znaczenie programu „Moja woda” zarówno praktyczne, jak i edukacyjne.

– Bardzo się cieszę z sukcesu tego programu. Skorzystało z niego prawie 50 tys. polskich rodzin, które zainstalowały zbiornik do retencji deszczówki, by móc ją potem wykorzystywać choćby do podlewania ogródka. Ale wydźwięk programu daleko przekroczył te 50 tys. rodzin. Dzięki niemu nastąpił wzrost świadomości społeczeństwa w tym obszarze. Mogliśmy skonfrontować się z problemem mówiącym o tym, że według statystyk nasza retencja jest na poziomie Egiptu i mamy naprawdę bardzo dużo do zrobienia w tej sprawie. A więc pierwszy wymiar z mojej perspektywy to synergia między wielkimi programami prowadzonymi choćby przez Wody Polskie a procesami oddolnym, na poziomie rodzin, budowaniem świadomości, zwiększaniem oszczędności wody – podkreślił minister.

– Drugi wymiar dotyczy tego, że jako Ministerstwo Klimatu i Środowiska jesteśmy największymi orędownikami rozwiązań wykorzystujących naturę. Niestety, tak się złożyło, że przez 1000 lat naszej państwowości przyzwyczailiśmy się do tego, że torfowiska, mokradła, doliny rzek należy osuszać, a tereny rolnicze meliorować, bo tak budowaliśmy naszą rolniczą potęgę. Ale dzisiaj jesteśmy w sytuacji, w której te zakumulowane, wielusetletnie działania obracają się przeciwko nam. Bo wręcz przeciwnie – powinniśmy teraz myśleć o renaturyzacji, o tym, żeby wykorzystać potencjał torfowisk i mokradeł, które są potężnymi i najlepszymi zbiornikami wody, zupełnie zapomnianymi w cywilizacyjnych zapędach do tego, by rzeki porządkować, betonować i tworzyć nowe szlaki wodne albo sztuczne zbiorniki. A trzeba pamiętać, że skale są zupełnie nieporównywalne. To, ile wody jesteśmy w stanie zgromadzić w sztucznych zbiornikach, jest jak jeden do dziesięciu w porównaniu z tym, ile są w stanie zakumulować mokradła i torfowiska – mówił Michał Kurtyka.

Trzecim kluczowym obszarem jest zdaniem ministra współpraca z samorządami. – Realizując program „Miasto z klimatem”, chcemy zachęcać włodarzy miast, burmistrzów, prezydentów do tego, żeby tworzyli u siebie rozwiązania z zielono-niebieskiej infrastruktury: parki, małe oczka wodne czy stawy. To ma wszechstronny, pozytywny wpływ na jakość życia wszystkich mieszkańców. Zarówno w kontekście nawalnych deszczów, aby można je było łatwiej kanalizować, czy w kontekście susz jak też fal upałów letnich. Tu także woda jest naszym największym sprzymierzeńcem. Naszym zdaniem powinniśmy słuchać natury, bo w wielu tych aspektach jest mądrzejsza od nas i dajmy sobie szansę, żeby naturze nie przeszkadzać – zaznaczył minister.

Zapowiedział także kolejną edycję programu „Moja woda”. – Obecnie w program zaangażowanych jest ponad 236 mln zł z funduszy Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW). Program cieszył się ogromnym zainteresowaniem w tym i w zeszłym roku – dostępne środki zostały błyskawicznie zarezerwowane przez polskie rodziny. Myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy myśleli również o tym, aby ten program kontynuować w przyszłym roku – powiedział Michał Kurtyka.

Ewolucja myślenia

Anna Czyżewska, dyrektor Departamentu Adaptacji do Zmian Klimatu w NFOŚiGW, także mówiła o tym, że program trafił w oczekiwania Polaków. – Program w chwili obecnej jest skierowany do osób fizycznych, które mają domki jednorodzinne. Zainteresowanie nim jest przeogromne. Niemałe środki, którymi dysponujemy, okazały się kroplą w morzu. Mamy drugi rok działania programu i po telefonach od ludzi widać, jak ewoluuje świadomość i jak zmieniają się pomysły od najprostszych rozwiązań, gdzie woda jest gromadzona w oczkach wodnych czy służy do podlewania ogródków, do coraz ciekawszych, do wykorzystania wody opadowej w domu do mycia czy spłukiwania toalet. To bardzo wartościowy trend – powiedziała Anna Czyżewska.

– Musimy pamiętać o tym, że woda pitna w wodociągach jest ujmowana w mniejszych miejscowościach na ogół z wód podziemnych, większych ze zbiorników wody powierzchniowej, potem następuje bardzo kosztowny proces jej uzdatniania, a finalnie zaledwie 3 proc. całości produkowanej wody jest używane do picia. Reszta służy do mycia, sprzątania czy do spłukiwania toalet. I ludzie coraz częściej dostrzegają to w swoich gospodarstwach domowych i myślą, jak to zmienić – wyjaśniła ekspertka.

Prof. dr hab. inż. Paweł Licznar z Wydziału Inżynierii Środowiska Politechniki Wrocławskiej, reprezentujący także firmę Retencja.pl, również akcentował potrzebę uczenia się zarządzaniem wody od natury. – Natura nie tylko retencjonuje wodę, ale też steruje jej wykorzystaniem. I tu dochodzimy do kolejnej ważnej rzeczy, którą jeszcze musimy zrobić, a mianowicie, uczyć się korzystania z tej gromadzonej wody. Potrzebna jest tu wielka edukacja i działanie na różnych poziomach – uważa ekspert.

– Po pierwsze, nie mamy polskiej normy dotyczącej wykorzystania wód opadowych i powinniśmy to uporządkować. Korzystamy z rozwiązań normy niemieckiej z 2002 r. Tworząc swoją, możemy skorzystać z doświadczeń innych państw, np. Indii. Po drugie, powinniśmy wzmocnić edukację akademicką w tym kierunku, zmieniając także powszechne rozumienie melioranta jako osoby, która w uproszczeniu usuwa wodę z pola i przesusza grunt. A rdzeń tego słowa oznacza poprawianie stosunków wodnych, czyli odprowadzanie wody, gdy jest jej zbyt dużo, ale przede wszystkim jej gromadzenie i retencjonowanie. Mamy do wykonania wielką pracę, by przekonać młodych ludzi, że warto być meliorantem albo przynajmniej inżynierem środowiska – uważa prof. Paweł Licznar.

Pomysły na innowacje

Dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR), przybliżył cele przedsięwzięcia „Technologie domowej retencji”. Poprzez tę inicjatywę, wspierającą założenia strategii Europejskiego Zielonego Ładu, Centrum inspiruje polskich innowatorów do projektowania i budowy wieloobiegowych systemów retencjonowania, magazynowania i oczyszczania wody deszczowej, wody szarej oraz wody czarnej.

– Program wpisuje się w zagadnienia poruszone dotąd w debacie. Zakłada, że będziemy wodę oszczędzać i będziemy jej używać wielokrotnie w systemach rozproszonych w różnych fazach – w zależności od potrzeb, jakie mamy. Będziemy to robić na poziomie gospodarstw domowych – mówił dyrektor Kamieniecki.

Dzięki temu woda wodociągowa będzie wykorzystywana głównie do spożycia, a do innych celów posłuży deszczówka. – Potrzebujemy rozwiązania, które z jednej strony pozwoli zbierać wodę deszczową, a z drugiej strony umożliwi gromadzenie wody, która jest zawracana na różnych etapach. Można jej użyć np. do prania lub do mycia różnych rzeczy, jak chodniki czy elewacje, lub do podlewania trawników, ale nie nadaje się ona do spożycia. A na końcu woda po takim przetworzeniu będzie mogła zostać wykorzystana w urządzeniach sanitarnych – wyliczał szef NCBR.

Wskazał zarazem na różnorodne korzyści z wdrożenia tego typu rozwiązań. – Nie tylko oszczędzamy wodę poprzez wielokrotne jej wykorzystanie, ale gros tej wody nie odprowadzamy ściekami do rzek, tylko oddajemy po oczyszczeniu do warstw wodonośnych, tam, gdzie ona spadła. Tak więc możemy zahamować albo wręcz zatrzymać obniżanie się poziomu wód gruntowych. Dodatkowo, przy odpowiednim poziomie rozpowszechnienia tego typu metod retencji domowej, ograniczamy negatywne skutki opadów nawalnych, gdyż udaje nam się zbierać wodę i nie dopuszczać do tego, żeby ona po naszych pięknie wykonanych betonowych chodnikach i asfaltowych drogach spływała do studzienek, które w pewnym momencie nie są w stanie jej przyjąć i stają się gejzerami, powodując podtopienia. Po prostu nie były projektowane na przyjęcie w krótkim czasie tak dużej ilości wody – tłumaczył Wojciech Kamieniecki.

NCBR wybrało już czterech wykonawców instalacji pilotażowych, tzw. demonstratorów. – Naszym celem jest opracowanie automatycznej instalacji, która będzie pozwalała na gromadzenie deszczówki i na wielokrotne jej wykorzystywanie, a także na informowanie użytkownika, jaki jest poziom wody przeznaczonej do mycia, prania czy do innych celów, tak by można było sobie świadomie korzystać z takiej czy innej funkcji, do której woda będzie potrzebna. Ale proponujemy również, by cały proces zarządzania różnymi frakcjami wody był skorelowany z prognozami pogody. Chodzi więc o pełną automatyczną retencję wód i ich wykorzystanie – zaznaczył dyrektor Centrum. – Dodatkowo instalacja powinna być w pełni uniwersalna, czyli według naszych wymagań postawionych wykonawcom, powinna działać w każdych warunkach i niezależnie od tego, jak dużo wody deszczowej mamy na danym obszarze Polski. Wykonawcy mają za zadanie przygotować tego typu rozwiązania – dodał.

Retencjonuj albo płać

Jak deklarowała Joanna Sasal, zastępca dyrektora Departamentu Zarządzania Środowiskiem Wodnym w Państwowym Gospodarstwie Wodnym Wody Polskie, przedsiębiorstwo to również jest zainteresowane odpowiednim zarządzaniem wodami opadowymi, ponieważ bez retencji spływają do rzek i docelowo do Bałtyku.

– W dobie zmian klimatycznych i nasilania się skutków z jednej strony okresów bezopadowych, suszy, a z drugiej strony ekstremalnych odpadów i powodzi miejskich, nie tylko tracimy wodę, która spływa przez uszczelnione powierzchnie i trafia do studzienek kanalizacyjnych, rowów, a stamtąd do rzek i morza, ale powoduje ona również szkody – wskazywała przedstawicielka Wód Polskich.

Dodała, że naszym zadaniem jest przeciwdziałanie skutkom suszy i powodzi. – Chodzi o to, by każdy z nas – Kowalski, miasta, gminy, instytucje – retencjonował wodę tuż po opadzie. Jest to kluczowe i będzie się przekładało na zmniejszanie zagrożeń podtopieniami i powodziami ze strony rzek – wyjaśniała Joanna Sasal. – Dlatego Wody Polskie wychodzą naprzeciw tym problemom i współpracują m.in. z samorządami w celu opracowywania map zagrożeń powodziowych w miastach, czyli powodzi błyskawicznych, które są wynikiem nawalnych opadów i niewydolnych systemów kanalizacyjnych oraz uszczelnionych powierzchni. Będzie się to przekładać zarówno na podniesienie bezpieczeństwa powodziowego w miastach, jak i mieszkańców terenów usytuowanych w pobliżu rzek. Ta współpraca i synergia są bardzo ważne.

Jak mówiła, w działaniach związanych z retencjonowaniem wód opadowych ważna jest zachęta, ale są też i kary.

– Mobilizujący dla Kowalskiego, aby retencjonował wodę tam, gdzie spada, czyli na swoim gruncie, oprócz zachęt, takich programów jak „Moja woda” i szeregu pakietów, które oferują samorządy, jest obowiązująca opłata od utraconej retencji. Dotyczy ona terenów powyżej 3,5 tys. mkw., na których powyżej 70 proc. powierzchni działki jest uszczelnione, zabetonowane czy zabudowane. Aktualnie pięć resortów opracowuje ustawę przeciwsuszową, bardzo ważną także z punktu widzenia gospodarowania wodą opadową. Według jej założeń właściciele wszystkich działek powyżej 600 mkw., które będą zabudowane powyżej połowy swojej powierzchni, będą uiszczali opłatę z tytułu utraconej retencji. Co ważne, będzie zmniejszana w zależności od tego, ile procent wody opadowej właściciel nieruchomości będzie mógł przechwycić. Podsumowując, będziemy mieli z jednej strony widmo opłaty od betonozy, ale z drugiej rozwiązania wskazujące, jak zmniejszyć wielkość tej opłaty i działać na rzecz retencji deszczówki, a jednocześnie zachowywania i odtwarzania powierzchni biologicznie czynnych – mówiła Joanna Sasal.

Do wspomnianych prac nad ustawą przeciwsuszową nawiązał Michał Kurtyka. Jego zdaniem wspominana wielokrotnie w dyskusji retencja nazywana małą na niskim poziomie czy rozproszoną jest kluczowa.

– Ja bym to nazwał myśleniem pragmatycznym, zdroworozsądkowym, gospodarskim, lokalnym. Dlatego że zjawiska, o których mówimy – krótkotrwałe, ale bardzo silne deszcze czy też fale upałów – nasilają się, ale różnią od wielkich powodzi, które dotykają cały kraj. To są obecnie stosunkowo rzadsze wydarzenia, dla których adekwatnym rozwiązaniem może być wielka retencja. Natomiast coraz więcej tych zjawisk ma charakter lokalny i musimy mieć na nie lokalną odpowiedź. Musimy nauczyć się myśleć o problemie bilansu wodnego, zarządzania wodą w kontekście gminy, a nie całego kraju. Tego typu myślenie przedstawiliśmy Ministerstwu Infrastruktury, partnerowi, z którym dyskutujemy na temat ustawy suszowej. Chcielibyśmy, by weszła ona w życie jak najszybciej. Zaproponowaliśmy również, żeby pomyśleć o interaktywnym wskaźniku, który nazwaliśmy „suszonym”, ale fundamentalnie dotyczy on w ogóle bilansu wodnego, który byłby liczony na poziomie gminy – zapowiedział minister klimatu i środowiska.

Piotr Dańczuk pełnomocnik Uponor Infra ds. kluczowych projektów

Istnieje coraz większa zgoda co do tego, że lokalna zdolność retencyjna – a więc skuteczność w zatrzymywaniu i gromadzeniu wody deszczowej w miejscu opadu – jest sprawą kluczową dla poprawy bilansu wodnego w Polsce i przeciwdziałania fatalnym w skutkach ekstremalnym zjawiskom pogodowym, tj. deszczom nawalnym i suszom. W tym kontekście cieszy popularność programu „Moja woda”, oferującego dofinansowanie zbiorników retencyjnych i instalacji przy budynkach jednorodzinnych. Cieszy również rosnąca świadomość Polaków co do korzyści z „łapania” deszczówki oraz coraz to nowsze pomysły i inicjatywy lokalne jej gromadzenia i wykorzystania. Warto podkreślić, że każde tego typu działanie ma sens, ponieważ przyczynia się do oszczędzania wody wodociągowej i odciążania lokalnego systemu kanalizacji. Dramatyczne skutki przeciążenia istniejących sieci kanalizacyjnych i ich nieprzystosowania do wyzwań wynikających ze zmian klimatu obserwowaliśmy tego lata w wielu miejscach Polski. Choć retencja przydomowa jest nieodzowna do poprawy szeroko rozumianej retencji lokalnej, jest tylko jednym z jej elementów. Pozostałe to różnej skali inwestycje, począwszy od mniejszych i większych projektów z zakresu zielono-niebieskiej infrastruktury, przez modernizację sieci kanalizacyjnych, po doposażanie ich w podziemne zbiorniki retencyjne zdolne zebrać duże ilości wód opadowych, spływających m.in. z powierzchni uszczelnionych podczas nawałnic. Ważną rolę do spełnienia mają samorządy, najlepiej zorientowane w wyzwaniach i potrzebach związanych z gospodarką wodną na swoich terenach. Wspierane przez rząd – zarówno od strony organizacyjnej, jak i finansowej – powinny dążyć do wypracowania kompleksowych planów rozwoju retencji lokalnej. Wielu włodarzy już teraz energicznie działa na rzecz „odbetonowania” swoich rynków i ulic, realizując projekty z zakresu zielono-niebieskiej infrastruktury czy inwestując w podziemne zbiorniki retencyjne, aby przeciwdziałać podtopieniom. Przykładowo w Mielcu została zrealizowana z pomocą środków unijnych największa w historii miasta tego typu inwestycja, polegająca na zabudowie baterii podziemnych zbiorników retencyjnych PEHD o łącznej pojemności ponad 4 tys. m sześc., których dostawcą była firma Uponor Infra. Zbiorniki pomogą nie tylko zapobiegać cyklicznym podtopieniom w centrum miasta, ale również pozwolą zgromadzić znaczne ilości deszczówki do późniejszego wykorzystania, np. podlewania zieleni miejskiej czy mycia ulic, zamiast kosztownej wody wodociągowej. Jeśli chodzi o małą retencję, do zagospodarowania pozostają na pewno domy wielorodzinne i osiedla, zamieszkiwane przez tysiące osób, których nie obejmuje w obecnym kształcie program „Moja woda”. Tutaj ważna jest także edukacja, która powinna się zaczynać na poziomie szkoły podstawowej, jak oszczędzać wodę, ewentualnie wielokrotnie wykorzystywać ją w obrębie gospodarstwa domowego. Potrzebne są też rozwiązania systemowe, które pozwolą zarządzać deszczówką w miejscu opadu, a nie pozbywać się jej jak najszybciej. Warto przywołać przykład sektora przemysłowego, gdzie coraz częściej uwzględnia się systemy retencyjne przy projektowaniu nowych obiektów z myślą o wykorzystaniu gromadzonej w ten sposób wody. Być może takie dobre praktyki warto promować w obszarze budownictwa mieszkaniowego. Programy retencyjne dla budynków wielorodzinnych i osiedli, współfinansowane ze środków unijnych, mogłyby być krokiem we właściwym kierunku i dobrym uzupełnieniem projektów samorządowych.

dr inż. Wojciech Kamieniecki dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju

Polska zderza się dziś ze zmianami klimatu, które polegają na gwałtownych, nawalnych deszczach i dłuższych okresach suszy. Mimo że sumy opadów są porównywalne z tymi sprzed kilkudziesięciu czy kilkuset lat, to ich natężenie jest zupełnie inne. Zmiany naszego otoczenia, betonowanie powierzchni, redukcja obszarów zajmowanych przez lasy i łąki, nadmierna melioracja terenu – wszystko to powoduje szybki spływ wód opadowych do rzek, a dalej do morza. Tracimy w ten sposób duże ilości wody, która powinna być zatrzymywana w miejscu jej opadu, zasilając wody podziemne. Skutkiem tego rodzaju zmian wprowadzanych w środowisku są wezbrania rzek po silnych ulewach, zalane miasta i wsie. Druga strona medalu to opadający poziom wód gruntowych, które są odcinane od wód opadowych. Naukowcy ostrzegają wręcz, że Polsce grozi stepowienie. Jak odwrócić ten trend? W Narodowym Centrum Badań i Rozwoju, które jest agencją rządową stawiającą na innowacje, proponujemy rozproszony system retencjonowania wody. Może on w prawie 100 proc. zaspokoić potrzeby gospodarstw domowych, a więc użytkowników budynków jedno- i wielorodzinnych, a także szkół. System ten, za pomocą retencjonowania, filtrowania oraz zawracania wody deszczowej do ponownego użycia, pozwoli na zaspokajanie kilku potrzeb tą samą, ale odpowiednio oczyszczoną wodą. Te potrzeby to np. kąpiel, mycie naczyń, pranie, podlewanie ogródka. Urządzenie, połączone z prognozą pogody, będzie informować, kiedy użytkownik może np. umyć auto. Zgodnie z założeniami systemu zgromadzona woda, kilkukrotnie wykorzystana i ponownie oczyszczona, tym razem w przydomowej oczyszczalni, będzie oddawana do gruntu w celu nasycenia warstw wodonośnych. Mam dobrą wiadomość: takie systemy już w niedalekiej przyszłości opracują wykonawcy w ramach przedsięwzięcia „Technologie domowej retencji”, które realizujemy ze wsparciem funduszy europejskich w ramach programu „Inteligentny rozwój”. Pozwolą nam one maksymalnie wykorzystać deszczówkę w naszych domach, pomagając chronić Polskę przed suszami i deficytem wody. Równie ważne w kontekście narastającej suszy jest realizowane równolegle przedsięwzięcie „Oczyszczalnia przyszłości”. Nasze podejście polega na nowym spojrzeniu na strumień ścieków komunalnych jako na zasoby do odzysku wody, energii i surowców. Stawiamy wyzwanie badawcze opracowania innowacyjnej technologii oczyszczania ścieków, umożliwiającej zagospodarowanie oczyszczonych ścieków (odnowę i odzysk wody), ograniczenie utraty pierwiastków biogennych oraz zanieczyszczania nimi cieków wodnych (odzysk biogenów, substancji nawozowych), usunięcie ze ścieków obecnie kierowanych do rzek mikrozanieczyszczeń, takich jak farmaceutyki i pestycydy, a wreszcie efektywne zagospodarowanie powstałych osadów ściekowych. Dążymy do tego, żeby pionierskie technologie i ich demonstratory opracowane w obu przedsięwzięciach stały się wzorcem dla całego rynku i impulsem do rozwoju branży. A przede wszystkim, aby pozwoliły każdemu z nas lepiej dbać o wodę.

""

klimat.rp.pl