Wiktoria Jędroszkowiak: początek końca, koniec normalności

Udostępnij

W roku, w którym się urodziłam, Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu opublikował swój trzeci raport. Prognozowany w nim wtedy – szokujący – wzrost globalnej temperatury okazał się być wręcz zaniżony.

Scenariusze zmian klimatycznych jakie zajdą, jeśli nie podejmiemy odpowiednich działań okazały się wręcz zbyt optymistyczne. Na przestrzeni ostatniego wieku ludzkość niejednokrotnie miała okazję, by zmienić model naszego życia. Niestety, tylko nieliczni podejmowali działania, które mogłyby sprawić, że unikniemy katastrofy klimatycznej.

Mając zaledwie kilkanaście lat spadła na mnie świadomość fatalnych scenariuszy dla przyszłości. Moją reakcją były złość i niezgoda – wiedziałam, że mam duże szanse, by dożyć czasów, w których kryzys klimatyczny już w pełni wymknie się spod kontroli człowieka i wywróci nasze życia do góry nogami. Działanie dla klimatu stało się dla mnie oczywistą odpowiedzią na nielogiczną ignorancję decydentów i całych społeczeństw wobec dorobku naukowego. Z roku na rok, naukowcy wskazują na postępujący kryzys klimatyczny i jego niezwykle poważne skutki – te widoczne teraz, a także te przewidywane na kolejne dziesięciolecia.

Wszystko, czego uczyłam się w szkole było mi przekazywane jako prawie, że niepodważalna prawda. Gdy dopiero w liceum dowiedziałam się o punktach krytycznych, nie ze szkoły, a czytając artykuł w internecie, nie potrafiłam uwierzyć i zrozumieć dlaczego nikt – od Ministerstwa Edukacji, przez  Kuratorium Oświaty, aż po pedagogów – wcześniej nawet o tym nie wspomniał.

Dziś ten moment wspominam jako początek kruszenia status quo, w którym zostałam wychowana. Wiedziałam wtedy, że jednoznacznie muszę powiedzieć “nie” otaczającemu mnie konformizmowi i systemowi skupionemu na nieograniczonym wzroście, definiującym posiadanie jako wyznacznik sukcesu.

Była to ostateczna przesłanka, świadcząca o słuszności zmian systemowych. Tylko one mogą uratować nas przed katastrofą. Szkoda, że na samą edukację jest już za późno.

Mimo wychowania w systemie skupionym na nieograniczonym wzroście i definiującym posiadanie jako wyznacznik sukcesu, to nie widmo problemów gospodarczych, a fakt, jak bardzo niesprawiedliwie kryzys klimatyczny potraktuje ludzkość i inne istoty, sprawił, że zupełnie nie potrafiłam żyć z tym tak, jak dotychczas. Uprzedziła to niezgoda na niesprawiedliwość społeczną, widoczną jak na dłoni przy kryzysie uchodźczym z 2015 roku.

Wreszcie, przełomowym dla mnie było zrozumienie, że utrzymujemy Ziemię w podległej roli. Natura to w naszym systemie coś odległego, z czego możemy skorzystać, a co nie jest na równi z człowiekiem. Skupieni na zysku chcemy czerpać z niej bez ograniczeń, jednocześnie nie dając nic w zamian, spychając rolę przyrody do coraz mniej istotnej, nie licząc się z nią, co jest dla mnie trudne do przyjęcia i niemożliwe do zaakceptowania.

Zdając sobie sprawę z tego, jak wiele do zrobienia jest jeszcze w kontekście wyrównywania szans ludzi na całym świecie, trudno było mi oddzielić to od klimatu, który wszystkie walki związane z prawami człowieka może wkrótce zaprzepaścić, a raczej które to my możemy przekreślić. Nawet dziś trudno nam mówić o równych prawach, a w sytuacji, w której w wyniku katastrof naturalnych i niestałego klimatu zaspokojone nie będą nasze podstawowe potrzeby fizjologiczne, stanie się to niemożliwe. Kryzys klimatyczny już teraz szeroko i negatywnie oddziałuje na życie ludzi w różnych częściach świata, jednak wiążące się z nim problemy będą coraz bardziej powiększać wspomniane już społeczne nierówności.

Aktywizm wydaje mi się być tak dbałością i empatią o masy, realizacją misji możliwej dzięki uprzywilejowanej pozycji, jak i swego rodzaju wyższą formą egoizmu.

Działam na rzecz klimatu i nie wyobrażam sobie, by miało być inaczej, choć nie raz czułam się bezsilna lub rozczarowana. Tak jest, gdy nawet największy sukces osób działających dla klimatu, okazuje się nic nie warty w obliczu kolejnych nieracjonalnych zachowań i decyzji rządzących. Tych samych polityków, którzy są nieczuli na społeczne nierówności. Jedno z drugim idzie w parze, im bardziej kryzys klimatyczny będzie się zaostrzał, tym te niesprawiedliwości będą się pogłębiać. W moim pokoju wisi plakat ze szczytu klimatycznego w Katowicach w 2018 roku z napisem “Mamy 10 lat do katastrofy klimatycznej”. Już trzykrotnie przekreśliłam na nim liczbę, teraz mamy jedynie “7”. Chciałabym wierzyć w to, że uda się podjąć racjonalne działania zanim dopiszę “0”.


Udostępnij
Zamknij
© Licencja na publikację © ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone Źródło: Rzeczpospolita
Zamknij