To było dobre kilka lat temu: internet obiegł opis dramatu pewnej rodziny, która wybrała się na egzotyczne wakacje na jedną z dalekich tropikalnych wysp. Podczas urlopu senior rodu zmarł, a rachunek wystawiony za transport zwłok do Polski opiewał na blisko 40 tys. zł.

Fora zaroiły się od słów współczucia przeplatanych komentarzami, że przecież państwo powinno pomóc żałobnikom w trudnej chwili. Mało kto zwrócił uwagę, że jeśli kogoś było stać na wykupienie naprawdę drogiego wyjazdu w egzotyczne rejony, mógł pomyśleć o standardowym ubezpieczeniu turystycznym, kosztującym raptem kilkadziesiąt złotych.

Czytaj więcej

Sondaż dla „Rzeczpospolitej”: Polacy uważają, że klienci Zondacrypto są sami sobie winni

Dlaczego politycy tak chętnie oferują pomoc poszkodowanym Polakom

Nie lubimy ponosić tego typu „zbędnych” wydatków, nie lubimy też, gdy ktoś nam taką niefrasobliwość wytyka. W 1997 r. zdroworozsądkowa (choć mało empatyczna) uwaga ówczesnego premiera Włodzimierza Cimoszewicza o tym, że rolnicy powodzianie byliby w lepszej sytuacji, gdyby się ubezpieczali, omal nie zakończyła jego kariery politycznej. Od tego czasu przedstawiciele władz ważą słowa i tym chętniej obiecują pomoc, im większa jest liczba poszkodowanych, a oczekiwanie wsparcia głośniej artykułowane (także przez media – że przy okazji wrzucę kamyczek do własnego ogródka).

Czytaj więcej

Afera Zondacrypto. Prokuratura ostrzega przed wtórnymi oszustwami

Mam dla nich dobrą wiadomość: w przypadku osób, które utopiły pieniądze w Zondacrypto, nie muszą gryźć się w język, by nie powtórzyć błędu Cimoszewicza. Na pochylaniu się z troską nad „ofiarami” afery nic też nie ugrają. Przytłaczająca większość Polaków, co pokazuje sondaż IBRiS dla „Rzeczpospolitej”, uważa, że tu chodzi o ludzi, którzy poszli w spekulacje, a przynajmniej takich, którzy powinni znać ryzyko towarzyszące tego typu inwestycjom. I trudno się z tym poglądem nie zgodzić.

Chyba tylko osoby odcięte od świata i informacji – a przecież posiadacze kryptowalut nie mogą do nich należeć – nie zetknęły się z opiniami, że mamy do czynienia z szarą strefą

Chyba tylko osoby odcięte od świata i informacji – a przecież posiadacze kryptowalut nie mogą do nich należeć – nie zetknęły się z opiniami, że mamy do czynienia z szarą strefą: nieuregulowanym rynkiem, który zapewnia anonimowość, a więc przyciąga świat przestępczy, chętnie rozliczający się w cyfrowej walucie. Ciężko też było przegapić doniesienia o dużych i zaskakujących wahaniach kursu choćby bitcoina. A co do samej Zondy, giełdy o polskich korzeniach, ale należącej do estońskiej spółki – przed rebrandingiem, jeszcze jako BitBay, w 2018 r. znalazła się na liście ostrzeżeń Komisji Nadzoru Finansowego, a jej prezes cztery lata temu zaginął w niejasnych okolicznościach. Ludzie, dla których to wszystko przestało mieć znaczenie w starciu z agresywnym marketingiem i wizją łatwego zarobku, niech stracone pieniądze potraktują mimo wszystko jako dobrą inwestycję – we własną naukę.

Czytaj więcej

Cezary Szymanek: Zondacrypto i iluzja bezpieczeństwa. Rynek nie wybacza